czwartek, 12 lutego 2015

Słodkie kulki daktylowo - orzechowe z kakao


Wbrew nadzianemu, wysmażonemu i polukrowanemu Tłustemu Czwartkowi u mnie dzisiaj też słodko, ale lekko. I choć wprawdzie nie dietetycznie (bo bakalie swoją ilość kalorii i tłuszczu mają), ale zdrowo. 
Nie twierdzę, że sama sobie nie daję dyspensy na słodkie grzeszki, mimo to na co dzień w ramach pączka zjadam daktyle i morele w czym wspomaga mnie Agnieszka - koleżanka z biurka obok. 

A skoro już o daktylach mowa – inną alternatywą na słodkie co nieco są rewelacyjne daktylowo - orzechowe kulki. Wypatrzyłam je od Nissiax83, od której zgapiłam jakiś czas temu tanie, zdrowe, dobre i łatwe do zrobienia mleko owsiane.

Proces przygotowania kulek daktylowych również jest banalnie prosty. Wystarczy malakser, kilka produktów i chwila wolnego czasu (ja wtedy jednocześnie oglądam filmiki na You Tube). A najlepsze w tym jest jeszcze to, że przepis nie jest sztywny, można go za każdym razem modyfikować.

Na zdjęciu widoczne są też szybkie, łatwe i równie zdrowe ciastka amarantusowe


Słodkie daktylowo-orzechowe kulki z kakao (źródło – filmik Nissiax83)

1-1,5 szkl daktyli bez pestek
po ¾ szkl migdałów i pistacji (najczęściej dodaję ok. 1,5 szklanki nerkowców, ale połączenie orzechów włoskich i migdałów smakuje równie rewelacyjnie)
1 łyżka gorzkiego kakao
2 łyżki świeżo zmielonego siemienia lnianego (pomijam)
1 łyżka oleju kokosowego lub wody (dodaję olej lniany)

Najpierw w malakserze na pastę miksuję daktyle. Przekładam je do miski i w malakserze mielę resztę składników (oprócz oleju). Wszystko mieszam razem w misce i dodaję olej. Masa dzięki daktylom (które również odpowiadają za słodzenie) oraz pod wpływem tłuszczu i ciepłych dłoni jest leciutko kleista. Biorę małe porcje i toczę z nich kulki. Na koniec można je jeszcze obtoczyć w kakao niczym trufle. Kulki nie muszą leżakować - są gotowe do spożycia od razu po przygotowaniu. 


niedziela, 25 stycznia 2015

RZS: Zupa czosnkowa z szafranem i ryżem


Generalnie nie lubię przyjmować żadnych leków. W przypadku RZS, w okresie nasilonego bólu byłam zmuszona brać leki przeciwzapalne, ale na co dzień wszelakich tabletek i suplementów unikam jak ognia. Moja nieufność do farmaceutyków pogłębia się z wiekiem ;) To dobrze i źle. 

W przypadku przeziębienia (a o to zimą łatwo) wolę syrop z cebuli, plasterki czosnku na kanapce, rozgrzewający napój imbirowy z cytryną i miodem lub napar z lipy – najlepiej słodzony sokiem z malin. To dla mnie skuteczniejsza broń niż syropki – ulepki (zachęcam do czytania etykiet).

Ostatnio, ze względu na RZS, patrzę na żywność pod kątem właściwości przeciwzapalnych. Mam już kilka ulubionych: czosnek, kurkuma, imbir, awokado, granat, olej lniany. Jeszcze do nich wrócę dołączając przepisy. Dzisiaj jednak skupiam się na czosnku.

Czy wiecie, że czosnek, aby nie  stracić swoich właściwości, posiekany musi chwilę poleżakować? Oto, co przeczytałam na ekogazecie:

"Surowy czosnek zawiera składniki potrzebne do wytworzenia allicyny, najaktywniejszej substancji mającej największe właściwości zdrowotne, która jednak sama w sobie nie występuje w czosnku jako związek chemiczny.
Allicyna jest wytwarzana, gdy dwie inne substancje zawarte w czosnku wchodzą ze sobą w kontakt. Jedna z nich jest allina- fragment białkowy, a drugim- wrażliwy na tempera turę enzym – allinaza.
W całym ząbku czosnku oba te związki są od siebie odizolowane.
Nie połączą się ze sobą dopóki go nie pokroisz, nie przeciśniesz przez praskę czy nie przezujesz czosnku doprowadzając do ich połączenia. Wtedy czujesz charakterystyczne pieczenie.
Izraelscy naukowcy odkryli również, ze podgrzanie czosnku zaraz po pokrojeniu go, niszczy wrażliwy na wysoka temperaturę enzym wyzwalający reakcję połączenia składników.
W rezultacie allicyna nie zostanie wytworzona. Już dwie minuty na patelni wystarczą, by zmienić czosnek w zwykła przyprawę jedynie poprawiającą smak potraw.
Jeśli włożyć go do mikrofalówki na 30 sekund, znika 90 % jego właściwości przeciwnowotworowych.
Po 60 sekundach, właściwości antynowotworowe czosnku znikają całkowicie.
Kolejna udowodniona ważna właściwość czosnku, a mianowicie zdolność rozrzedzania krwi, również znika na skutek działania wysokiej temperatury.
Możesz korzystać z licznych zalet czosnku nawet poddając go obróbce cieplnej, pod warunkiem, że zmienisz jego sposób przyrządzania.
Posiekaj, pokrój albo przeciśnij czosnek przez praskę, a potem poczekaj 10 minut zanim zaczniesz poddawać go wysokiej temperaturze.
W tym czasie wytworzy się już maksymalna ilość allicyny i wrażliwy na temperaturę enzym powodujący połączenie składników nie będzie już potrzebny.
Po takim zabiegu będzie można smażyć, piec i gotować czosnek nie pozbawiając go jego smaku i właściwości leczniczych."

Zapamiętam to sobie, kiedy znowu będę robić sos pomidorowy.
Zima sprzyja zarówno czosnkowi, jak i zupom. Dzisiaj zatem udany mariaż w formie obiadu:


Zupa czosnkowa z szafranem i ryżem (źródło: przepis z czasopisma Dobre Rady, nie jestem w stanie podać, kiedy się ukazał, bo mam tylko ten skrawek gazety)

3 główki czosnku
1 średnia cebula
2 łodygi selera naciowego
1 opakowanie szafranu
oliwa
1 l bulionu z kurczaka
2 łyżki winiaku (opcjonalnie, ja pominęłam), można też dodać białe wytrawne wino
100 g ryżu
liść laurowy, pieprz i sól do smaku
grzanki

Nieobrane, całe główki czosnku położyłam na folii aluminiowej, oblałam oliwą i piekłam w piekarniku (180 stopni przez pół godziny).
Szafran zalałam gorącą wodą, rozmieszałam i odstawiłam.
Cebulę i seler podsmażyłam (w tym momencie można dolać winiak i czekać aż alkohol wyparuje), zalałam gorącym bulionem, dodałam liść laurowy oraz szafran i gotowałam do miękkości. Pod koniec gotowania dorzuciłam ryż i gotowałam do miękkości. Na koniec wycisnęłam upieczone ząbki czosnku, rozgniotłam i dodałam do zupy. Zupę doprawiłam świeżo zmielonym, kolorowym pieprzem.
Grzanki: kawałki bułki lekko natarłam oliwą (można dodać też starty czosnek) i podsmażałam na patelni na grzanki.

sobota, 10 stycznia 2015

Dlaczego nie kupujemy smakowych twarożków?


Wspominałam ostatnio o naszej domowej reaktywacji pieczenia chleba na zakwasie. Mieliśmy zakwas żytni, teraz doszedł jeszcze do kolekcji pszenny, którego autorstwo należy przypisać Panu R.
Zatem chleby się pieką, a jeszcze nieco ciepłe zjadane są przez nas z niewielką ilością masła. Tak smakują najlepiej. No dobrze, ale z czym można jeszcze zrobić kanapki? Naszym domowym mistrzem w niebanalnych połączeniach jest oczywiście Pan R. Te w jego wykonaniu zawsze są nie dość, że kolorowe, to jeszcze smaczne.

Tak się składa, że on lubi smarować kanapki twarożkiem. Też lubicie? Najlepiej smakowymi, prawda? Orzechowy, pomidorowy, chrzanowy, ze szczypiorkiem? Tak, u nas też się pojawiały. Ale wiecie co? Z tymi smakowymi jest taki sam problem, co z owocowymi jogurtami. Nuta smakowa nadana przez producenta nie zawsze jest naturalna, a i sam serek ma wtedy dużo dłuższy i zawierający wiele niepotrzebnych naszemu organizmowi skład.

Prostszym sposobem jest oczywiście kupno serka naturalnego i wymieszanie go z przyprawami. Tak, ten wariant też przerabialiśmy z Bieluchem, do którego Pan R. dodawał np. nieco koncentratu pomidorowego, albo zestaw przypraw. Ale od jakiegoś czasu mamy coś lepszego, co nazywa się Pasta Budwigowa.


Niech Was nie zdziwi nazwa. Budwigowa dlatego, że wykorzystywana w przeciwnowotworowej diecie opracowanej przez dr Johannę Budwig. To nie jest jakiś specjalny produkt spożywczy, ale kilka prostych składników: zwykły twaróg, olej lniany, kefir lub jogurt oraz ulubione dodatki. I to już wszystko!

Dla nas taki twarożek to świetny sposób na dowolne urozmaicenie kanapek. Przetestowaliśmy już połączenie z tuńczykiem i wędzoną, sproszkowaną papryką (ulubiony typ Pana R.), zmiksowany z chrzanem i do tego z kawałkami wędzonego łososia na wierzchu (moje ulubione),  z ziołami, z czarnymi oliwkami oraz na słodko do naleśników z miodem i orzechami .

Reasumując: pasta budwigowa to naturalny, zdrowy serek bez polepszaczy, z ulubionymi dodatkami, może być na słodko lub na wytrawnie. I to nie jest tekst sponsorowany, tudzież inna reklama. Jedzcie zatem na zdrowie.


Pasta budwigowa (źródło: budwigdieta.pl)
250 g półtłustego twarogu (nasz ulubiony jest typu Capri)
2-3 łyżki oleju lnianego
2-3 łyżki jogurtu, kefiru lub mleka (ilość zależy od tego, jakiej konsystencji chcesz uzyskać serek)
Dowolne dodatki: czarne oliwki, zioła, odsączony tuńczyk, chrzan, ulubione zioła, orzechy, owoce lub miód (jeżeli serek ma być na słodko) – tutaj to już jest zależne od inwencji własnej.

Najpierw w malakserze Pan R. miksuje do gładkiej konsystencji: ser z olejem lnianym i kefirem, a następnie dodaje nasze ulubione dodatki i ponownie miksuje. Przygotowaną pastę, jeżeli nie zjemy od razu -  przechowujemy w lodówce.


niedziela, 4 stycznia 2015

Co masz dobrego, słoiku? ;)


Witajcie w Nowym 2015 Roku! Trochę zamarudziłam ,skoro ostatni wpis na blogu zatrzymał się na przygnębiającym jesiennym warzywniku. Nawet Liliana dopytywała się, dlaczego nie robię już zdjęć na kulinarny blog ;) Przyznać się muszę bez bicia, że okołoksiążkowy Czytelniczy to od niemal dwóch lat mój nieustający pupilek, stąd trudno mi się w sobie zebrać na rozdwojenie. A poza tym to nie jest jeszcze najlepsza pora roku (za szybko robi się ciemno!) na popołudniowe uwiecznianie żołądkowych przyjemności. Mimo iż tych trochę bywało.

Dajmy na ten przykład pierwszy dzień w roku. Zrobiłam prosty obiad noworoczny – na talerzu: wołowa karkówka gotowana w rosole (bo właśnie nastawiłam kolejny gar bulionu) w pieprzowo – winnym sosie (o nim za chwilę), do tego niepalona kasza gryczana, ogórek kiszony (od mamy) ,a na stole: wytrawne czerwone wino w kieliszkach i zapalone świeczki. Romantiko ;) Niestety zdjęcia brak, bo to było po 17-ej. Będzie za to inne.

Wyrób Pana R., czyli pszenny chleb na żytnim zakwasie i śledzie w oleju z cebulką od rodzicielki


Na święta wybraliśmy się do mojej mamy. Jak na rasowego słoika przystało - przywiozłam ze sobą zapasy ;) Same dobre rzeczy: ogórki kiszone (pasowały do romantycznego obiadu ;)), szczaw (dzisiaj była z tego zupa!), kompoty z wiśni, zawekowane jagody z sokiem (żyrafą zrobię koktajlowe bziuuum łącząc z nimi jogurt albo mleko roślinne) i śledzie w oleju z cebulką. Oprócz słoików jeszcze bigos, gołąbki i pieczone w domu wędliny. Z głodu nie umrzemy ;))

Tym bardziej, że Pan R. już dwa razy z rzędu upiekł najlepszy chleb na zakwasie, jaki kiedykolwiek wyszedł z naszego piekła. Jestem bardzo dumna ze sprytnego małżonka, bo te pszenne twory, nie tylko wyglądały elegancko, ale takoż elegancko smakowały (właśnie kończymy bochenek z suszonymi pomidorami) – nie tylko na świeżo z samym masłem ,ale i po leżakowaniu w chlebaku. Dzięki temu Pan R. awansował na naczelnego piekarza w naszej Gawrze ;)


Wracając do romantycznego obiadu noworocznego. Kiedy poprzednim razem gotowałam bulion wołowy, sztukę mięsa z niego zjedliśmy z sosem chrzanowym. Było to dobre, ale tym razem Pan R. chciał czegoś nowego. Wynalazł nam w necie sos maderowy. Wina madery nie mieliśmy, więc zastąpiliśmy go zwykłym winem czerwonym. Sos wyszedł znakomity i bardzo pasujący do całości. Polecamy.


Ale zanim zabierzecie się do gotowania – życzenia wszystkiego dobrego (nie tylko jedzenia). Cieszcie się każdym dniem z noworocznej puli, szukajcie samych pozytywów, jedzcie smacznie i zdrowo.
Dziękuję, że towarzyszyliście mi tutaj w latach ubiegłych oraz, że pisaliście komentarze. Liczę, że w tym roku też nie będę tutaj samotna ;)

Mottem nowego roku będzie dla mnie "aktywność". A noworoczne postanowienia kuchenne? Domowe szkolenie w kategorii sosów. W końcu jaki pierwszy dzień, taki cały rok ;) Panu R. zaś na ten przykład kupimy nowy piekarnik i koszyczki, aby chleby wychodziły z piekła jeszcze lepsze i lepsiejsze ;))


***

Sos winno – pieprzowy (z przepisu na sos maderowy do wołowiny

2 łyżki masła
1 łyżka mąki pszennej
100 ml czerwonego wytrawnego wina
150-200 ml bulionu wołowego
utłuczony w moździerzu zielony pieprz (ok. 8-12 kulek, w zależności od tego, jaki stopień pieprzności che się uzyskać)
1 łyżka musztardy sarepskiej (tylko taką mieliśmy w lodowce, zgodnie stwierdziliśmy, że bardziej nadawałaby się francuska)

Na maśle podsmażyłam mąkę, wymieszałam na jednolitość, podlałam winem, trochę pomieszałam, kiedy zgęstniało dolałam bulion, dodałam pieprz i chwilę gotowałam. Na koniec Pan R. doprawił musztarda. Gotowym sosem polałam wyciągnięta z bulionu i pokrojoną w plastry wołowinę oraz ugotowana kaszę gryczaną.

sobota, 25 października 2014

Dlaczego warzywnik po sezonie jest przygnębiający?


Dzisiaj na Pasta i Basta napisałam, że w moim warzywniku robi się coraz puściej i smutniej. To prawda, wspomnieniem stały się już grządki pełne buraków, z których powstało kilka litrów botwinki, główki sałaty masłowej, lodowej, cykorii liściowej Palla Rossa i krzaczków rukoli, lodowej rzodkiewki, pęczków zielonej pietruszki, marchewki z wielkimi wiechciami zielonej naci, wysokich słoneczników i pachnących gałązek lubczyku.

To był bardzo fajny, eksperymentalny mój pierwszy sezon z warzywnikiem. Oprócz sukcesów zdarzały się też porażki: spalony przez słońce zielony groszek, zżarta przez gąsienice brukselka, kiepsko wyrośnięty jarmuż, szpinak, który w ogóle nie wzeszedł i zbyt gęsto nasiana brukiew.

Po poczynionych obserwacjach wiem już, że nie powinnam siać w ogóle maciejki, nasturcja w przyszłym roku pojawi się w innym miejscu, a grządki mało nasłonecznione wysieję zupełnie inaczej. I niekoniecznie muszę walczyć ze wszystkimi chwastami ;)




Ewolucja warzywnika ;) Prawda, że ostatnie, posezonowe zdjęcie jest smutne ;)


Teraz po wszystkich zbiorach na ziemi leżą gałązki i inne resztki czekające na uprzątnięcie. W domu natomiast w kartonie czekają marchew i buraki, które skończą w piekarniku, zielona pietruszka natomiast w większej części została poszatkowana i przeznaczona na mrożenie, a pozostała część świetnie spełni się w kolejnym pietruszkowym pesto.

Po lewej: ostatnie zbiory, po prawej: lato i słoneczniki sięgające nieba ;)


Pozostając jeszcze w ogrodniczych klimatach podjechałam dzisiaj na Okęcie na krótkie warsztaty z kompostowania. Odbywały się one dzisiaj i będą jeszcze jutro w kilku wybranych punktach w mieście. Są to ok. 20 minutowe wykłady dla początkujących, z których do domu wrócić można nie tylko z wiedzą, ale z plastikowym kompostownikiem do własnego montażu i aktywatorem do kompostu.


To pilotażowa akcja odbywająca się w ramach Zielonej Warszawy. Może pojawić się na niej każdy, nie obowiązują zapisy, warsztaty są za darmo. Być może (zależnie od frekwencji w ten weekend) ruszy również edycja wiosenna. Tutaj więcej o akcji wraz z wykazem punktów z jutrzejszymi warsztatami.



Czy przydały mi się te warsztaty? Hmmm, powiedzmy, że jestem w tej materii chyba już bardziej zaawansowana, niż początkująca. Miałam jednak okazję „pomacać” gotowy już, przetworzony kompost, więc wiem już, do czego mam dążyć. A poza tym do domu wróciłam z aktywatorem.



A jak Wam minął ogrodniczy sezon? Mieliście duże zbiory, czegoś się nauczyliście, już uprzątnęliście grządki? Chętnie poczytam o Waszych doświadczeniach.






niedziela, 14 września 2014

Rustykalna szarlotka na mące graham z kardamonem


Pomni doświadczeń sprzed dwóch lat, również i w tym roku spodziewaliśmy się klęski urodzaju na naszej jabłonce. Zresztą obfity kwiat wiosną sam to zasugerował. Ostatecznie jednak ilość jabłek na drzewie jest do przejedzenia. I dobrze to, i źle ;)

Dwa lata temu odkryłam cudowny, prosty przepis na szarlotkę u Oli z 2 smaków. Półkruche ciasto, z wilgotnym jabłecznym nadzieniem, szybkie do zrobienia i łatwe do upieczenia. Ten ostatni warunek jest bardzo ważny, zwłaszcza kiedy piekarnik żyje własnym życiem ;)  Już niebawem żegnamy się z wiekową kuchenkową gazową, ale póki co polecam jej tylko „bezpieczne” zadania: ciastka, tarty i ciasta półkruche. Czyli wszystko to, co nie zakończy się spektakularnym zakalcem.

Przepis Oli postanowiłam nieco podrasować. Wymieszałam mąkę pszenną z graham, zamiast cukru białego użyłam nierafinowanego brązowego i zredukowałam jego ilość, oraz dodałam nutę cynamonu i kardamonu. Ciasto wyszło super – lekko słodkie, aromatyczne, no i dzięki mące graham – otrzymało staroświeckiego pazura ;) Na własny użytek ciasto przemianowałam na Rustykalną szarlotkę ;)

Tak swoją drogą – do upieczenia tego ciasta zainspirował mnie pewien placek brzoskwiniowy, który odegrał ważny epizod we właśnie zrecenzowanej na Czytelniczym książce „Ostatni dzień lata”.



Rustykalna szarlotka (inspiracja – Szarlotka z 2smaków Oli Cruz)

300 g mąki pszennej typ 480
200 g mąki graham typ 1850
kostka (200 g) masła
kardamon i cynamon
pół szklanki cukru brązowego nierafinowanego (ciasto jest lekko słodkie, jeżeli lubicie ciasta słodkie proponuję podwoić ilość cukru)
2 łyżeczki proszku do pieczenia
3 jajka
3 łyżki śmietany 18 %
7 dużych (lub więcej) jabłek startych na dużych oczkach

Najpierw w mące roztarłam opuszkami pokrojone w kostkę masło. Następnie wymieszałam z resztą sypkich produktów, a potem dodałam jajka i śmietanę. Wyrobiłam na stolnicy na jednolite ciasto i nierówno podzieliłam na dwie części. Najpierw rozwałkowałam większą część i wyłożyłam nią dno blaszki robiąc rant. Na ciasto rozłożyłam starte jabłka i przykryłam drugą częścią rozwałkowanego ciasta i zalepiłam brzegi. Na koniec, aby powietrze miało jak uciekać – ponakłuwałam wierzch widelcem.
Piekłam 40 minut w 180 stopniach.


niedziela, 31 sierpnia 2014

Krem paprykowy z prażonym słonecznikiem i kilka słów na Międzynarodowy Dzień Blogera


Sezonowa kuchnia ma wiele plusów, ale tym istotnym z ekonomicznego punktu widzenia jest również jej koszt. W sezonie warzywa i owoce nie dość, że są najpyszniejsze, to jeszcze najtańsze.

Taka na ten przykład papryka. Nie pamiętam już, kiedy ostatnio robiłam z niej zupę – krem. Ostatnie zdjęcie w komputerze datowane jest na sierpień 2009 r., więc możliwe, że właśnie wtedy ;) A skoro Pan R. zaczął przebąkiwać, że miałby ochotę zjeść, to mnie do gotowania zupy długo namawiać nie trzeba ;)

Ponieważ trafiła mi się bardzo słodka papryka, postanowiłam przełamać ją nieco porem i świeżym tymiankiem oraz podkręcić prażonym słonecznikiem. Serwuję z pozdrowieniami dla Nieśki z Mówią Weki ;)

Ale zanim przepis – najpierw jeszcze kilka polecanek z okazji Międzynarodowego Dnia Blogera. Oto garść blogów, na które lubię zaglądać i korzystać z ich wiedzy i pomysłów. 
Tak się złożyło, że to głównie blogi z bezmięsną kuchnią. Niezamierzenie, ale wychodzi na to, że ostatnio mam przesyt potraw mięsnych i większy magnes ku kuchni roślinno-naturalnej.

1. Jadłonomia – ten blog zna chyba każdy bloger i wegetarianin. To nie dziwne, skoro Marta prezentuje tam bardzo inspirujące potrawy bezmięsne. 
2. Herbiness – o blogu Inez już na Kotach wspominałam, ale zrobię to jeszcze raz, bo dla mnie to skarb, który przekonał mnie ostatecznie, że warto jeść chwasty.
3. Centrum Rozwoju Osobliwości Kuchennych – wegetariańskie inspiracje, im ich więcej tym lepiej
4. Zakochane w zupach – tutaj chyba wiele wyjaśniać nie muszę ;)
5. Co dziś zjem na śniadanie? – baaardzo apetyczne zdjęcia równie apetycznych śniadań.



Zupa- krem paprykowy z porem, tymiankiem i prażonym słonecznikiem (przepis autorski)

bulion z kurczaka zagrodowego
oliwa
kilka pokrojonych w kostkę papryk czerwonych, żółtych i pomarańczowych
por pokrojony w półkrążki
świeży tymianek
świeży lubczyk
sproszkowana słodka papryka
pieprz kajeński
pieprz kolorowy
prażony słonecznik

Na oliwie poddusiłam paprykę i pora, zalałam gorącym bulionem, dodałam tymianek i drobno poszatkowane liście lubczyka. Gotowałam ok. 15 minut w międzyczasie doprawiając słodką papryką i pieprzem kajeńskim. Następnie zmiksowałam na krem, doprawiłam pieprzem kolorowym. Podawałam z prażonym słonecznikiem.

Prażony słonecznik: suchą patelnię postawiłam na gazie, wsypałam na nią słonecznik (oczywiście już bez łupinek) i podgrzewałam cały czas mieszając. Kiedy słonecznik zaczynał już wydawać zapach i troszeczkę się podrumienił, natychmiast zestawiłam z ognia. Słonecznik wydzielając olej może szybko się spalić na patelni, stąd powinno się go mieszać i zdejmować z patelni w momencie lekkiego podrumienienia. 

sobota, 23 sierpnia 2014

Na sposób indyjski. Curry ze szpinakiem, ciecierzycą i czerwoną soczewicą oraz Zupa - indyjska wariacja


Książka, którą ostatnio przeczytałam, i o której właśnie wspominam na Czytelniczym, zagoniła mnie do kuchni. Była w treści na tyle sugestywna, że przyrządziłam w końcu curry, które planowałam od 2 lat.


Dokładnie wtedy, w marcu jadłam to poniższe, pyszne danie u Eweliny (kiedy jeszcze mieszkała w Warszawie). Wzięłam przepis z zamiarem szybkiego ugotowania, ale kartkę oczywiście zgubiłam. Cale szczęście Ewelina ma ten przepis również na blogu. 
Wprawdzie nie zrobiłam dokładnie tak, jak on nakazywał (brak np. Colombo i gorczycy, a moje danie finalnie  jest gęstsze), ale curry wyszło równie pyszne. I syte. Pewnie zrobię je jeszcze nie raz.

A niżej jest przepis na zupę z cyklu „przegląd lodówki”. Wyszła z tego wariacja na danie z Indii i chociaż mleko kokosowe zastąpiłam jogurtem naturalnym, a kolendrę zieloną pietruszką – wyszło całkiem niezłe, jak na szczupłe zasoby kuchenne ;)



Curry ze szpinakiem, ciecierzycą i czerwoną soczewicą (źródło: Ewelina – Around The Kitchen Table; moje zmiany na zielono)

1 szklanka ugotowanych ziaren ciecierzycy
1 cebula
3 ząbki czosnku
1 kawałek korzenia imbiru wielkości kciuka
2 łyżki oleju
4 łyżeczki przyprawy curry (dobrej jakości)
2 łyżeczki przyprawy colombo (do kupienia w Kuchniach świata) - zrezygnowałam
1 łyżeczka utłuczonych w moździerzu ziaren kolendry, kuminu, gorczycy, kopru włoskiego (z gorczycy i kopru zrezygnowałam)
1 puszka mleka kokosowego
4 łyżki ziaren czerwonej soczewicy 
1 opakowanie (250g) liści młodego szpinaku (baby) (mrożone liście – dwie kostki)
sól
pieprz
zielona pasta curry (mój dodatek)

Ciecierzycę namoczyłam na noc i na drugi dzień ugotowałam prawie do miękkości.
Cebulę, czosnek i imbir zmiksowałam z odrobiną wody na gładką pastę. (Cebulę bardzo drobno pokroiłam, a imbir i czosnek starłam na tarce)
Na patelni rozgrzałam olej, dodałam przyprawy i smażyłam 2 minuty, ciągle mieszając.
Dodałam zmiksowaną pastę  i smażyłam kolejną minutę.
Dodałam mleko kokosowe, czerwoną soczewicę i ciecierzycę i gotowałam 10 minut (soczewica nie może się rozpaść).
Dodałam całe liście szpinaku, wymieszałam i gotowałam kolejne 10 minut. (ponieważ szpinak miałam zamrożony dodałam go już od razu po wlaniu mleka kokosowego)
Doprawiłam solą i pieprzem (oraz zieloną pastą curry) i podałam z ugotowanym ryżem.



Zupa - indyjska wariacja (przepis autorski)

bulion z kurczaka zagrodowego
ziemniaki (pokrojone w kostkę)
marchewka pokrojona w półplasterki
curry, kurkuma, sproszkowana słodka papryka
czerwona soczewica (odpowiednia ilość do zagęszczenia zupy)
zielona pasta curry, sproszkowana papryka chili, kolorowy pieprz (do podkręcenia smaku)
jogurt naturalny (mieszany z zupą już bezpośrednio na talerzu)
zielona pietruszka (do posypania)

Do wrzącego bulionu dodałam ziemniaki, marchewkę, soczewicę, curry, kurkumę i słodką paprykę. Gotowałam do miękkości. Pod koniec dodałam zieloną pastę curry, kolorowy pieprz i chili. Na talerzu dodałam dodatkowo po kleksie jogurtu naturalnego i zieloną pietruszkę.



sobota, 16 sierpnia 2014

Fasolnik chiński. Gorąca patelnia i zupa "Jarzynowe rozmaitości"


Jak podaje strona abcwietnam.pl, Fasolnik chiński "jest to pnącze z rodziny bobowatych. Wytwarza niezwykle długie i cienkie strąki, których długość może dochodzić do pół metra. Strąki fasolnika mogą być spożywane na świeżo lub gotowane. Najlepsze są te młode i cienkie. Do gotowania tnie się je na krótkie odcinki. Fasolnik jest dobrym źródłem witaminy A i C oraz żelaza, fosforu, kwasu foliowego i magnezu".


Trafiłam na nie w warzywniaku, w którym robimy weekendowe zakupy. Podobno Wietnamczyk, który tam się w ów fasolnik zaopatruje przyrządza go z wołowiną w sosie – takie gorące danie z patelni.

Wiedziona ciekawością, zakupiłam warzywo i postanowiłam zrobić moją wersję tego azjatyckiego warzywa w postaci gorącej patelni, a resztę zużyłam do zupy. 

Czy mnie zaskoczyło? Wyglądem - tak, smakiem – niekoniecznie. Jest dość mało wyraziste, nieco podobne do fasolki szparagowej, tyle, że dużo dłuższe ;) Czy żałuję zakupu – bynajmniej! Traktuję to jako kulinarną, nieco egzotyczną ciekawostkę. 

Jeżeli też jesteście ciekawi tego warzywa  – ja swoje strąki zakupiłam w sklepie warzywno – spożywczym BARTOM na Żelaznej 40 (niedaleko BioBazaru na Norblinie).



Gorąca patelnia z chińskim fasolnikiem (przepis autorski)

olej rzepakowy
marchewka (w plasterkach)
żółta fasolka szparagowa i fasolnik chiński (pocięte na małe strąki)
pierś z kurczaka (pokrojona w paski)
przyprawa 5 smaków
bulion warzywny
papryka czerwona (pokrojona na małe kawałki)
sproszkowana papryka chili
ryż
kurkuma

Na rozgrzanym oleju przez chwilę przesmażyłam marchewkę, fasolkę szparagową i fasolnik, następnie dodałam paski z piersi z kurczaka (wymieszanego w małej ilości oleju i przyprawie 5 smaków). Smażyłam dopóki w mięsie zamknęły się pory, dodałam paprykę, podlałam bulionem i dusiłam do miękkości, doprawiając chili. Osobno ugotowałam ryż, który pod koniec gotowania zabarwiłam na żółto kurkumą.





Zupa „Jarzynowe rozmaitości” z fasolnikiem chińskim (przepis autorski)

bulion z kurczaka zagrodowego
marchewka (pokrojona w plasterki)
ziemniaki (pokrojone w kostkę)
por (pokrojony w półplasterki)
drobno pokrojony lubczyk i babka zwyczajna (chwast z ogródka)
botwinka (liście i korzenie) drobno pokrojone
fasolka szparagowa i fasolnik chiński (pocięte na krótkie strąki)
kasza jęczmienna (do zagęszczenia zupy)
koncentrat pomidorowy
pieprz do smaku, posiekana zielona pietruszka

Do wrzącego bulionu dodałam wszystkie warzywa i gotowałam do miękkości. Pod koniec gotowania dodałam niedużą ilość kaszy jęczmiennej, a kiedy się ugotowała, doprawiłam zupę koncentratem pomidorowym, pieprzem i świeżo siekaną zieloną pietruszką.


ps. Ta kocia panna mieszka już z nami okrągły rok :)




środa, 30 lipca 2014

Co ma lubczyk do bulionu? Zielona zupa z mlekiem kokosowym i Wytrawne galaretki drobiowo-warzywne


Lubię weekendy, kiedy nastawiam do gotowania gar bulionu z kurczaka. Oboje z Panem R. upatrujemy w tym korzyść – każde z nas inną ;) Ja przeliczam te ugotowane już litry bulionu na nowe smaki zup, Pan R. „zawłaszcza” natomiast ugotowane mięso kurczaka na warzywne galaretki. 

Napisałam już kiedyś na blogu, że nie toleruję w swojej kuchni żadnych kostek smakowych, veget, jarzynek, ani innych sztucznych poprawiaczy smaku. Zamiast tego stosuję zioła i przyprawy. Jednym z nich jest, często niedoceniany w kuchni, lubczyk. To naturalna maggi, którą można posiać w warzywniku (mam!), a na zimę zamrozić w zamrażalniku lub korzystać z suszu (do kupienia na dziale z przyprawami). 


Lubczyk kojarzy mi się z dzieciństwem – na działce, którą uprawiali rodzice, co roku rósł jego spory krzak, a kiedy wetknęło się w niego nos – pachniał cudownie.

Może nie wszyscy wiedzą, ale lubczyk to nie tylko przyprawa, ale też afrodyzjak. A wiecie co to oznacza? ;) To, że po pysznym obiedzie, wieczorem w sypialni może być ciekawa, wspólna noc ;)



Zielona zupa – krem lubczykowa z mlekiem kokosowym (przepis autorski)

bulion z kurczaka zagrodowego
młode ziemniaki
cukinia
świeży lubczyk (dużo)
mleko kokosowe
pieprz kolorowy do smaku

W bulionie ugotowałam do miękkości, pokrojone w kostkę, ziemniaki i cukinię. Odstawiłam z palnika, dodałam pokrojone liście lubczyku i zmiksowałam na krem. Wymieszałam zupę z mlekiem kokosowym i doprawiłam pieprzem.



Wytrawne galaretki drobiowo-warzywne (wariacja na przepis z torebki żelatyny)

1 l bulionu z kurczaka zagrodowego
żelatyna* (proporcje zgodnie z zaleceniami producenta; na żelatynie z Delecty na 1 l płynu wykorzystuje się 20 g żelatyny, czyli jedno małe opakowanie)
ugotowane mięso z kurczaka zagrodowego (obrane oczywiście z kości i skóry)
warzywa z bulionu pokrojone w drobną kostkę (seler, marchewka, pietruszka)
dowolne inne warzywa (u mnie mieszanka ze słoika: marchewka, groszek, kukurydza i fasolka)
drobno pokrojony koperek lub zielona pietruszka

W miseczkach wykładam mięso z kurczaka, warzywa i zioła, równomiernie mieszam i zalewam gorącym m bulionem z rozpuszczoną i dokładnie wymieszaną w nim żelatyną. Odstawiam do ostygnięcia, a schłodzone przenoszę do lodówki i tam przechowuję. Kiedy galaretka się zetnie – jest już gotowa do konsumpcji. Pan R. lubi jadać ją skropioną octem winnym.

* Żelatynę można przygotować na dwa sposoby (w zależności od tego, co zaleca na opakowaniu producent – należy się wczytać przed przygotowaniem):
- rozpuścić we wrzącym bulionie (nie gotować!)
- namoczyć w bulionie, wymieszać, odstawić na pół godziny, a następnie zagotować
Osobiście wolę opcję pierwszą, bo jest mniej czasochłonna.




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...