piątek, 31 grudnia 2010

Odrobina słodyczy z miśkami

Otworzyłam dokument w wordzie, który nosi kryptonim „2010”. Stworzyłam go rok temu. Zawiera ekhm... „strategię życia w nowej sytuacji”, a w tym - postanowienia noworoczne. Na osiem postanowień udało mi się zrealizować 5 i to z dobrym skutkiem na przyszłość. Wprawdzie nie upiekłam torta, nie zrobiłam sushi i wciąż nie przeczytałam „Archipelagu Gułag”, ale w zamian mijający rok obfitował w wydarzenia znacznie większej wagi. Przede wszystkim każdy nowy dzień wygląda ładnie, przynosi dawkę szczęścia i uśmiechu. To bardzo przyjemne uczucie, kiedy można się do Kogoś przytulić, kiedy jest się dla Kogoś Skarbem. Budujące jest też to, że z upływem czasu i opadania emocji dla kogoś innego wygląda się zupełnie inaczej. To ulga, kiedy człowieka można w innych oczach zrehabilitować, zobaczyć cechy, których wcześniej się nie chciało, bądź nie umiało dostrzegać. Ludzie uczą się całe życie, zmieniają się, dojrzewają – to bardzo ważne mieć tego świadomość. Żaden człowiek nie powinien być lustrem drugiego człowieka, ani jego własnością. Dlatego właśnie to był dobry rok – czas innego spojrzenia na życie, na ludzi, na siebie. Czas, który przyniósł Szczęście, równowagę, pewność i ufność patrzenia w przyszłość. To był słodki rok skutecznie przysłaniający cień goryczy czasu przeszłego. Nowy też taki będzie, takie mam przeświadczenie :)

Słodkiego Nowego Roku! :)





Miśki Budyniowe na Słodki Nowy Rok (za Karotkową, ja na zielono)

220 g mąki pszennej
120 g miękkiego masła
100 g cukru, ew. trochę mniej (dałam ok. 50-70 g cukru pudru)
1 opakowanie budyniu waniliowego bez cukru
2 żółtka (dałam jedno całe jajko)
2 łyżki mleka
dodałam jeszcze kilka szczypt kakao (a ja nie)

Wszystkie składniki wymieszać i zagnieść ciasto. Formować ciasteczka, piec w 180 stopniach koło 12 minut. Koniecznie spróbować na ciepło!

To były najprostsze i najszybsze ciastka. Przepis rewelacja! Karotkowa, dziękuję :)



A co na to Lec?--->"Że patrzę na wszystko jak na operetkę? Bo pragnę happy endu"

i jeszcze:

"Tragedia, dramat, komedia czy farsa to jedno i to samo zdarzenie widziane twarzą w twarz, z boku, z tyłu, z bliska czy z daleka. Albo przez innych ludzi."




poniedziałek, 20 grudnia 2010

Pierny szlachetny

Przyznaję się bez bicia – uruchomiłam taśmę produkcyjną drobnych cwaniaczków, ale pośród nich nie znalazły się jeszcze, o zgrozo! – pierniczki. Tak, tak zupełnie nie wiem jak to jest możliwe, skoro zewsząd pojawiają się serca, wytrzeszcze ;), tudzież małysze.
Tymczasem postanowiłam się niejako zrehabilitować w wersji nierozdrobnionej. Primo dlatego, że piernik, to ulubione ciasto Pana R. i któregoś dnia wyraził chęć na konsumpcję rzeczonego, secundo, obok szlachetnego przepisu Polci nie mogłam przejść bez większego zainteresowania. Tym samym w sobotę rano uwolniłam z chłodnicy Młodzieńca i go nakarmiłam, a pod wieczór opróżniłam cały słoik miodu gryczanego, który dostaliśmy od Princess i około godziny 20 z piekła wyszło te tutaj niżej ciało.




SZLACHETNY PIERNIK NA ZAKWASIE
(za Polcią, ja na zielono)

100g migdałów (pomięłam)
100g orzechów włoskich (pominęłam)
500g miodu (użyłam akacjowego) (użyłam gryczanego)
2 łyżki domowej przyprawy korzennej
3 duże jajka
150g aktywnego zakwasu żytniego gęstego
500g mąki jasnej żytniej* (u mnie: 200 g razowej 720, 200 g pszennej 450 i 100 g żytniej 2000)
200g kandyzowanej skórki pomarańczowej (pominęłam)
skórka otarta z 2 cytryn (pominęłam)
skórka otarta z 2 pomarańczy (pominęłam)
2 bardzo płaskie łyżeczki sody spożywczej
mały kieliszek spirytusu (lub wódki) (dałam żurawinówkę)
dodatkowo: spora garść dobrych suszonych śliwek, rodzynki i suszona żurawina
Orzechy i migdały prażymy w piekarniku, studzimy i siekamy. (pominęłam)
W szerokim rondlu podgrzewamy miód, dodajemy przyprawę korzenną i całość gotujemy na małym ogniu przez 10 minut. Następnie zestawiamy z palnika i studzimy przez 20 minut.
Do ostudzonego miodu dodajemy jajka i ubijamy mikserem przez 2-3 minuty.
Następnie do masy dodajemy zakwas, mąkę, spirytus (lub wódkę) (żurawinówkę), skórkę otartą z cytrusów, skórkę kandyzowaną, orzechy, migdały i sodę.
Mieszamy dokładnie - ciasto ma być raczej gęste, więc odradzam mikser elektryczny o małej mocy.
Dobrze wymieszane ciasto przekładamy do podłużnej blaszki (moja miała wymiary spód - długość 22 32 cm, szerokość 8 14cm, góra - długość 24 30 cm, szerokość 10 12cm, głębokość - 7 7cm).
Piekarnik nagrzewamy do 170C i pieczemy piernik około półtorej godziny lub do suchego patyczka (u mnie piekł się ciut dłużej, ale mamy w mieszkaniu bardzo kiepski piekarnik). A u mnie 1 godz 15 min
Po upieczeniu studzimy chwilę w blaszce, a później na kratce do studzenia pieczywa.


* jeśli nie mamy mąki żytniej jasnej, możemy wymieszać przesianą mąkę żytnią razową z mąką pszenną lub białą orkiszową

sobota, 18 grudnia 2010

Dziwna korelacja czasu i linii produkcyjnej

Małgoś miała rację, twierdząc, że im mniej czasu, tym więcej ciasteczek”. Co nie zmienia faktu, że owa zależność jest dość... dziwna, choć jednak możliwa. Bo jak się okazuje, wcześniejsze przeświadczenie, że drobne cwaniaczki to dużo roboty wcale nie musi być prawdą. Tym samym odnoszę wrażenie, że moja domowa linia produkcyjna ciasteczek ma się dobrze i wcale nie zwalnia tempa ;)

Znienacka oświeciło mnie, że kto jak kto – ale Karotkowa piecze naprawdę dużo ciasteczek. Przejrzałam archiwum pod kątem Drobnych i wyszła z tego niezła lista wydrukowanych przepisów. Na pierwszy piekielny ogień poszły szwedzkie kokosowe.




Szwedzkie kokosowe (za Karotkową)

1,5 szkl. mąki
0,5 szkl. cukru
pół kostki masła
pół szkl. wiórków kokosowych (wrzuciłam całe opakowanie 100 g)
pół łyżeczki proszku do pieczenia
pół łyżeczki sody
1 cukier waniliowy (zapomniałam kupić, więc nie dodałam)
1 jajko

Wszystkie składniki zagnieć na ciasto. Ulep z ciasta gruby wałek. (ja dodałam jeszcze jajko, bo ciasto było trochę suche) Połóż na talerz i wstaw do lodówki na pół godziny (siedziało godzinę) Ciasto pokroić na ok 0,5 cm plasterki. Ułożyć krążki na wysmarowanej tłuszczem blasze. Piec ok 15 min w 180 stopniach.
Myślałam najpierw, że wyjdą za suche, ale wyszły naprawdę bardzo dobre – lekko podpieczone wiórki kokosowe nadały naprawdę niezły smak.





Następnego dnia z Panem R. byliśmy w sklepie na zakupach. Kiedy przechodziliśmy przez dział ze słodyczami, jego wzrok padł na ciastka owsiane. Wyraził zachwyt nad ich smakiem, tym samym po powrocie przejrzałam wydrukowane przepisy i wybór padł na gospodarny.
Wyszły rewelacyjne.




Ciastka owsiane (za Gospodarną)

70g masła
145g brązowego cukru muscavado (jasny lub ciemny) (dałam ok. 50 g cukru pudru)
32g jajek (1 małe)
3,5g ekstraktu z wanilii (1 łyżeczka) (dałam zeskrobaną laskę wanilii)
100g mąki pszennej chlebowej (była zwykła pszenna)
3,5g proszku do pieczenia
1-2 g sody oczyszczonej
1g soli
85g płatków owsianych górskich
72-73g rodzynek (dodatkowo dałam: żurawinę, otręby pszenno – żytnie, zarodki pszenne, płatki migdałowe i sezam)
i jeszcze jajko, żeby masa była bardziej kleista


Masło ucieramy z cukrem, aż masa będzie jednolita, nie za długo. Powoli dodajemy jajko roztrzepane z wanilią. W misce łączymy suche składniki, oprócz rodzynek. Mieszamy niedbale z masą maślaną. wsypujemy rodzynki, dokładnie mieszamy. teraz ciasto wykładamy na pergamin i toczymy z niego wałek średnicy takiej jakie chcemy mieć ciastka, wiedząc że się trochę powiększą. Zawijamy, rolujemy i wkładamy do lodówki lub zamrażarki, aby ciasto stężało. Zimne ciasto kroimy cienkim nożem lub tasakiem na krążki grubości 1-1,5 cm. Staramy się nie spłaszczać walca.
(ja od razu toczyłam kulki, wykładałam na blaszkę wyłożoną folią aluminiową i spłaszczałam)
Układamy na blasze wyłożonej papierem. Pieczemy w temp. 160-170 z termoobiegiem przez 12-15 minut. Studzimy na kratce. Przechowujemy w szczelnym pudełku. (Nie zdążyłam... zniknęły następnego dnia :))





A co na to Lec?---> „Z żaru powstaje popiół lub dzieło.”


niedziela, 12 grudnia 2010

Drobne Cwaniaczki wychodzą z piekła

Czy kojarzycie, co było przykrywką przy bankowym podkopie w filmie W. Allena – „Drobne cwaniaczki”? Okazało się tam, że o wiele skuteczniejszym sposobem zarobienia fortuny niekoniecznie musi być kilof tudzież dynamit. Czasami wystarczy zwykły piekarnik.

Wprawdzie nie planuję podkopu do banku, bo chwilowo zadowala mnie podwyżka w pracy, jednakowoż mam ostatnio fazę na ciastka – namiętnie wyszukuję na Waszych blogach przepisów. Potem drukuję je i zakasuję rękawy, do ręki biorę wałek, a potem formuję kształty. I wychodzą z tego całkiem niezłe „drobne cwaniaczki” :)


Szafranowe gwiazdki to był pierwszy uskuteczniony przepis. Ciasto wyszło rewelacyjnie elastyczne, cudownie się wałkowało i wykrajało. Jedynym odstępstwem była u mnie temperatura i czas pieczenia – obecne piekło jest dość chimeryczne i samo nam dyktuje, jak bardzo chce nas obdarzyć ciepłem. W rezultacie temperatura skacze jak dziewczynka na skakance. A my... no cóż... musimy się dostosować. Ale już niedługo, bo czas działania starego piekła jest już policzony :)



Szafranowe gwiazdki - wg Notme

150g mąki,
80g masła w temp. pokojowej,
40g cukru, (u mnie pół na pół z brązowym)
3 łyżki mleka,
żółtko,
30mg szafranu

Gotujemy mleko i rozpuszczamy w nim szafran. Odstawiamy do ostygnięcia. Masło ugniatamy (ręcznie lub maszynką) z cukrem i żółtkiem. Na koniec dolewamy ostygnięte mleko z szafranem i wsypujemy mąkę. Dobrze wyrabiamy i odstawiamy do lodówki na 30min. Po 30min rozwałkowujemy cienko i wycinamy ciasteczka o dowolny kształcie. Ciasteczka wykładamy na papier do pieczenia (pergamin). Pieczemy we wcześniej nagrzanym piekarniku 160 stopni przez 20min.



Po udanych gwiazdach zabrałam się za czekoladowe bruzdy od Żabci. Jedynym odstępstwem był alkohol – zamiast kirshu, była żurawinówka. Wprawdzie ciastka ostatecznie nie wyglądały tak , jak u Kumy (myślę, że to przez piekło i za małą ilość cukru pudru przy obtaczaniu), ale smakowały... jak trufelki :)



Śniegiem oprószone chocolate crinkles (przepis ze strony Joy of Baking)wg Kumy Moniki

56 g masła
225 g gorzkiej czekolady
100 g cukru
2 jajka
195 g mąki
cukier puder do obtoczenia
+ (opcjonalnie) 1-2 łyżki kirschu (lub innego alkoholu) (u mnie żurawinówka)

Czekoladę z masłem rozpuszczam w kąpieli wodnej, białka ubijam na sztywną pianę, dodaję żółtka, masę czekoladową, kirsch, mieszam dokładnie. Dodaję mąkę, zagniatam łyżką zwarte ciasto, które odstawiam na co najmniej kilka godzin (najlepiej na noc) do lodówki. Po schłodzeniu formuję z twardej masy kulki wielkości orzecha włoskiego, obtaczam w cukrze pudrze, piekę ok. 8 min. w 170'C. Masa do pieczenia musi być jak najtwardsza i jak najzimniejsza - wtedy ciasteczka się rozpłyną a ładnie popękają.



Tak się rozochociłam z pieczeniem, że następnego ranka (a była to niedziela) przystąpiłam do produkcji kolejnych ciastek. Tym razem miałam pomocnika w osobie Lili. Ciasto było z przepisu szafranowego Notme, ale tym razem bez mleka (bo się wcześniej skończyło) i szafranu (tutaj z podmianą na przyprawę piernikową). Bez mleka ciasto wyszło nieco suche i mniej elastyczne, gorzej się wałkowało i upieczone łatwo się łamało. Za to wycinanie sfory jamników i dużej ilości serc i imienne stemplowanie było fajną zabawą. Niestety – nie zdążyłam ich obfotografować.

Za to tego samego dnia – tym razem z pięciolatką – Igą i jej mamą, robiłam kolejne ciastka. Najpierw na blacie, a potem w piekle założyłyśmy hodowlę królików i pokaźne stado żyraf. Wszystko na koniec poszło do ozdoby, ku wielkiej radości Igi. Swoją drogą, to prawie jakby ciastka Igi, bo to ona głównie zajmowała się wałkowaniem i wykrawaniem. Ola i ja byłyśmy jakby to powiedzieć, ekhm... podkuchennymi ;) Przepisu nie podam, bo było z mieszanki, a ja nawet nie pamiętam proporcji ingrediencji, które dodawałyśmy do rzeczonej. Mogę Wam tylko pokazać jak wyglądały gotowe, wypindrzone już owe drobne cwaniaczki. Jakość zdjęcia średnia, bo robione telefonem. Sorencjo.


Następne ciastka – waniliowe serca, to prezent urodzinowy dla Lili. Oprócz serc były jeszcze jamniki, a wszystkie zostały podstemplowane „Lili” i zapakowane do słoika. Zdjęcie tamtego słoika też nie zdążyłam zrobić, a ściślej mówiąc... zapomniałam. Ostały mi się tylko te 4 serca – już bez stempelków.



Przepis jest ten sam, co szafranowych Notme. Odstępstwa: zamiast szafranu, były zeskrobane do mleka 2 laski wanilii (dostałam bukiet lasek na urodziny od Lipki :) ) i o połowę mniej cukru. Ciastka wyszły dobre, z wyczuwalnym aromatem wanilii i nie za słodkie. Kruche i w sam raz :)



A wczoraj upiekło mi się z razowymi Konsti. Lubię jej przepisy, bo są niezawodne. Pamiętam pyszną focaccię z pomidorami i rozmarynem albo brutti ma buoni :)



Na razowe pomarańczki czaiłam się prawie rok, aż w piątek przypadkowo sobie o nich przypomniałam. Tym samym sobotnia lista zakupów została dostosowana dla potrzeb drobnych cwaniaczków. Dżem i kandyzowana skórka wydała mi się dostatecznie słodka, aby ograniczyć ilość cukru – dałam tylko 2 łyżki cukru pudru. Ciastka wyszły bardzo dobre, a poza tym przez mąkę wydają się takie... niewinnie zdrowe ;) Zupełnie jak nie słodycze ;) I rzeczywiście są twardsze – można śmiało je moczyć w kawie albo czaju :)


Razowe ciasteczka pomarańczowe wg. Konsti


350 g pszennej mąki razowej (u mnie razowa typ 720)
50 g otrąb (były pszenne)
100 g kandyzowanej skórki pomarańczowej (najlepiej bardzo drobno posiekanej)
2 łyżki dżemu pomarańczowego
180 g masła
100 g cukru (u mnie tylko 2 łyżki cukru pudru)
2 jajka (+ jedno białko - bo mi zostało, po robieniu klopsów)
1 łyżeczka proszku do pieczenia
aromat pomarańczowy (połowa buteleczki)

Przepis banalnie prosty: wszystkie składniki połączyć, zagnieść ciasto, wstawić na godzinę do lodówki. Wyjąć, dość cienko rozwałkować, wyciąć dowolnego kształtu ciasteczka. Ułożyć na blasze, wstawić do nagrzanego piekarnika. Piec ok. 12 min. w temp. 180°C.




A to jeszcze nie koniec, bo tyyyyyyle przepisów jeszcze czeka w kolejce ;)


A co na to Lec?---> "Słodkie życie słono kosztuje."



niedziela, 14 listopada 2010

Śródziemnomorze w chlebaku

Do piekła, a potem do chlebaka wpłynęły dwa chleby inspirowane krainami nad Morzem Śródziemnym. Jak na drożdżowe (gdyż wyżej stawiam jednak zakwasowce) były naprawdę pyszne. I co najlepsze – łatwe w przygotowaniu :)


Chleb pierwszy – grecki, znalazłam w książce „Smaki Grecji” wydawnictwa Parragon Books Ltd (takie małe książeczki w czerwonej okładce). W zasadzie upiekłam go przypadkowo, bo zapodział mi się przepis na sprawdzony już chleb drożdżowy na miodzie, którego piekłam już nie raz. I bardzo dobrze, bo dzięki temu odkryłam fajny chleb, który wyrabia się bardzo ładnie, szybko rośnie, piecze bez problemu i niestety... szybko znika w brzuszkach ;)



Grecki chleb oliwkowy ("Smaki Grecji", s.34)

(robiłam z połowy porcji i takie też podaję proporcje, w książce wszystko było razy 2)

450 g mąki (pszennej)
1 paczka suszonych drożdży (tyle samo było w przepisie na porcję podwójną – po prostu więcej sypnęłam)
1,5 łyżeczki ziaren sezamu
0,5 łyżeczki soli
solidna łyżeczka suszonego oregano (przepis sugerował 1 łyżeczkę na porcję podwójną, ale my lubimy zioła)
1,5 łyżki oliwy z oliwek (nieco do skropienia wierzchu)
ok. 300 ml ciepłej wody
oliwki (dałam tyle, ile zostało w słoiku – generalnie najlepsze byłyby czarne, ale u nas zachowały się tylko zielone dziane papryką)

Do miski wsypałam: mąkę (przesianą), drożdże, sezam, sól, oregano i mieszając dodawałam oliwę i tyle wody, aby ciasto dobrze się wyrobiło, ale nie było za mokre. Potem przełożyłam na blat i chwilę wyrobiłam. Chwilę, bo ciasto było bardzo wdzięczne i szybko udało się z niego zagnieść ładne elastyczne ciasto. Kula ciasta trafiła do miski posmarowanej oliwą i przykryta folią spożywczą wyrastała godzinę do podwojenia objętości. Po tym czasie znowu chwilę wyrobiłam dodając pokrojone na plasterki oliwki i przełożyłam do keksówki posmarowanej olejem (można zrobić bochenek, bo ciasto jest na to podatne i nie powinno się „rozlać”). Podwojało się dwukrotnie przez pół godziny. Na koniec wierzch został posmarowany oliwą i trochę obsypany sezamem. Po tym zabiegu chleb trafił do piekła na ok. 40 min w 200 stopniach ( w książce: 10 min w 220, a potem 25 min w 190).
Kanapki były pyszne z upieczoną karkówką i sosem majonezowo – jogurtowym z serem pleśniowym.



Kolejny chleb znalazłam u Ewelosy. Przeczytałam przepis i już dwa dni później pokusiłam się o produkcję. Ponieważ, jak pisałam wyżej – lubimy zioła, więc wsypaliśmy do niego solidną porcję ziół prowansalskich (pomijając resztę z przepisu). Ciasto bąblowało przez całą noc i rano na powierzchni miało sporo bąbelków. Przy wyrabianiu rzeczywiście było lejące, ale podsypałam nieco mąką i chwilę wyrabiałam trochę jakby Bertinetem (czyli byłam brutalna i ciasto obijałam o blat), więc po krótszej chwili ciasto wprawdzie nadal było lekko lejące i klejące, ale bardzo łatwo odchodziło od rąk i blatu. Potem zostało wpakowane do foremki. Wyrastało... dość długo, bo ok. 6 godzin, ale to tylko dlatego, że pojechaliśmy z Młodą na kulki do galerii handlowej i wróciliśmy do domu dopiero po obiedzie. W tym czasie ciasto troszkę się wyprowadziło z keksówki. Pomogłam mu na powrót do niej wrócić. Posmarowałam wierzch oliwą (po tym fajnie jeszcze bąblowało) i wpakowałam do piekła na 40 min w 190-200 stopniach (w zależności jak chimeryczne było w danej chwili piekło). Chleb przede wszystkim ma świetny smak skórki, ale i miąższ niczego sobie :)




Chrupiący chleb włoski - Crusty Italian Bread
(za Ewelosą)

3 szklanki mąki pszennej
1/4 łyżeczki drożdży instant
1 i 1/4 łyżeczki soli
1,5 szklanki wody o temperaturze pokojowej
ok 2 łyżeczki ziół prowansalskich

W dużej misce łaczymy mąkę z solą. Drożdze rozpuszczamy w wodzie - gdy mamy drożdze suche dodajemy je do mąki.
Wlewamy płynne składniki do suchych.

Wyrabiamy łyżką aż ciasto chlebowe będzie lepkie i zwarte. Przykrywamy folią i odstawiamy na 12 godzin w temperaturze pokojowej.

Ciasto ma mieć sporo bąbelków na powierzchni. Posypujemy blat obficie mąką i wyjmujemy ciasto z miski. Będzie dość lepkie.

Dodajemy zioła i wyrabiamy aż nie będzie się lepiło do rąk. Posypujemy ściereczkę obficie mąką, przekładamy ciasto chlebowe (ja wrzuciłam od razu do foremki) i odstawiamy na 2 godziny do wyrastania.

Pół godziny przed końcem wyrastania nagrzewamy piekarnik do 220'C - ja nagrzałam go razem z kamieniem do pieczenia chleba.

Przekładamy chleb na kamień, przykrywamy folią aluminiową i pieczemy 30 minut.
Po tym czasie zmniejszamy temperaturę do 200'C i dopiekamy chleb około 15 minut.



A co na to Lec?---> "Ten satyryk z niejednego Leca chleb jadł."

poniedziałek, 8 listopada 2010

Weekendowa Cukiernia, czyli rzecz o ptyśkach, karpatach i... makaronach :)

Zarówno ja, jak i Lipka z Polcią – dysponujemy zaledwie okruchami czasu, jaki możemy poświęcić w sieci. Ale kolejna edycja Weekendowej Cukierni wymaga, aby się trochę w sobie wziąć, ponieważ tym razem gospodarzenie jest w duecie – ja i Tilia a z nami duchem i ciałem była Princess :)

Tym razem czas na ciasto parzone. Rzuciłam Lipce hasło „Karpatka”, ona to podchwyciła, jak rybka haczyk i już następnego dnia zapodała propozycję na rzeczone ciasto z przepisu jej niani za czasów, kiedy Lipka była pacholęciem. Dodatkowo zaproponowała ptysie z kremem, które niedawno zrobiły furorę w pracy. Tym samym wysmarowała mi ładnego maila, którego właśnie kopiuję poniżej. Volia!

Karpatka „Niani”

Składniki:
125g masła
250 ml wody
opcjonalnie: ekstrakty zapachowe
150g mąki pszennej tortowej
5 średnich jaj
szczypta soli

Krem budyniowy:

1litr mleka
4 łyżki mąki ziemniaczanej
4 łyżki mąki pszennej
150 g cukru
300-400 g masła
2 żółtka
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego (ja daję więcej)

Przygotowanie: Zagotować wodę z masłem. Opcjonalnie można dolać trochę
ekstraktu zanim wsypie się mąkę. Do wrzątku wsypać mąkę z solą, cały czas
mieszając, aż ciasto będzie jednolite i zacznie odstawać od ścianek garnka.
Mieszać na niewielkim ogniu jeszcze 2-3 minuty, aż płyn odparuje, a na dnie
garnka będzie tworzył się biały nalot. Masę przełożyć do miski i lekko
przestudzić. Dodawać jajka po jednym, cały czas ucierając. Jest gotowe jak
opada ze szpatułki/łyżki jak wstążka. Ciasto podzielić na 2 części i
rozprowadzić na dnie blach o wymiarach 37x25cm (blachy dobrze jest wyłożyć
pergaminem lub chociażby wysmarować tłuszczem).
Piec 15-20 minut w 190 stopniach Celsjusza. W czasie pieczenia nie otwierać
piekarnika. gdy ciasto będzie upieczone, wyjąć i ostudzić całkowicie zanim
nałoży się krem.
Mąkę rozrobić z 1/2 szklanki zimnego mleka i odstawić. Pozostałe mleko
zagotować z cukrem. Wlać mączną mieszaninę, mieszać aż zgęstnieje.
Zagotować. Odstawić i ostudzić. W miseczce utrzeć masło z żółtkami. Można
dodać spirytus, ale ja dodaję ekstrakt waniliowy na alkoholu. Dodawać
partiami ostudzony budyń i miksować na gładką masę. Wyłożyć równo na jednym
blacie ciasta, przykryć drugim i odstawić do lodówki na kilka godzin do
stężenia.
Podać posypane cukrem pudrem lub oblane polewą czekoladową lub karmelową (to
już mój dodatek do przepisu Niani).

To przepis na karpatkę mojej Niani. Zwiększyłam w niej dwukrotnie ilość
kremu i dodałam ekstrakt waniliowy, ale w zasadzie to dalej ta sama,
tradycyjna karpatka.


A teraz trochę inny przepis na ciasto ptysiowe wg Herme (książka „Desery”)

Ptysie

Składniki:
80 ml wody
100 ml mleka
szczypta soli
1 łyżeczka cukru
75 g masła
100 g mąki
3 jaja

Przygotowanie: Do rondelka wlać wodę, mleko z solą, cukrem i masłem.
Doprowadzić do wrzenia. Dodać mąkę i mieszać na wolnym ogniu przez 2-3 minut
aż płyny odparują, a ciasto będzie jednolite i odchodzące od ścianek. Masę
przełożyć do miski (ja je lekko studzę) i dodawać po 1 jajku, cały czas
ucierając oraz od czasu do czasu unosząc ciasto, by wprowadzić powietrze.
Ciasto jest gotowe gdy opada ze szpatułki jak wstążka. Ciasto włożyć do
rękawa cukierniczego i wyciskać ptysie na blachę wyłożoną pergaminem.
Posmarować je żółtkiem rozkłóconym z mlekiem. Piec przez ok. 10 minut w 200
stopniach, jeśli pieczemy małe ptysie, a ok. 20 minut w 180 stopniach, jeśli
pieczemy duże. Wystudzić i nadziać.

Nadziewać można albo przekrawając je i potem składając jak kanapeczki, albo
korzystając z rękawa cukierniczego z cienką końcówką.

Mój ulubiony ostatnio krem do nadzienia to krem czekoladowy:

Składniki:
100-200 g czekolady, roztopionej w kąpieli wodnej
6 żółtek (ok. 100 g)
6 łyżek cukru drobnego (ok. 100 g)
1 czubata łyżka (ok. 11,5 g) skrobi kukurydzianej (ew. pół na pół z ryżową)
1 szklanka i 1 łyżka (ok. 266 ml.) mleka 3%
5 łyżek śmietany kremówki (ok. 66 g.)

Przygotowanie: Żółtka ubijamy z cukrem do białości. Dodajemy skrobię i
łączymy ubijając. Mleko ze śmietanką (lub samo mleko) podgrzewamy na średnim
ogniu, powoli doprowadzając do wrzenia. Gdy mleko zaczyna się podnosić,
zmniejszamy ogień do małego, wlewamy na środek masę jajeczną i czekamy 1
minutę - nie mieszamy! (aż mleko zacznie wychodzić po bokach masy). Wtedy
trzepaczką mieszamy szybko, do uzyskania jednolitego, gęstego kremu.
Mieszamy tylko kilka razy i voila, gotowe. Potem krem przelewamy do miski,
łączymy z roztopioną czekoladą i ewentualnymi dodatkami zapachowymi i smakowymi. Studzimy, wkładając miskę z kremem do większej, wypełnionej lodem z wodą.
Krem przykrywamy nasmarowaną masłem folią i odstawiamy do pełnego ostudzenia
do lodówki. Przed użyciem, dobrze jest go dokładnie wymieszać. Można też dodać do niego agar-agar/żelatyny wraz z kremówką/jogurtem greckim i doskonale nadaje się do tortów.

Smacznego.



Jak wspomniałam wyżej czasu na życie onlajn mam tak mało, że prędzej słodkość się stworzyła nim rzeczywiście przedstawiam przepis.
A przyznać muszę, że samo tworzenie ich było nader nomen omen – słodkie. W kuchni byłyśmy we trzy: Lipka, Princi i ja. W pokoju obok Es z Panem R. Toczyli dysputy na bliżej nieznane tematy.
Ptyśki wyszły absolutnie fantastyczne. Co zapewne potwierdzą obie pozostałe panie. Wyglądały tak:


Ich blask zdołał przyćmić tylko.... tort makaronikowy z płonącą świeczką ze sztucznych ogni. Tort był dla mnie, co wzbudziło nieskromny zachwyt :) No przyznajcie sami – chyba nie mieliście jeszcze takiego urodzinowego, kolorowego... ciasta :) Lipka – cmokam mocno.


Przy okazji: dziękuję za życzenia na fejsbuku, za smsy, telefony i prezenty. Było mi naprawdę bardzo miło. Fajni jesteście, Moje Misie Kolorowe :) Ściskam!


A co na to Lec?---> „Znacie jedynie moje mniej genialne myśli, tych gigantycznych nie zapisuję, gdyż jestem wtedy pod tak olbrzymim wrażeniem, niezdolny je zapisywać.”


sobota, 16 października 2010

One są tu, tam i siam.

„Podwórze było puste, pogrążone w wyblakłym półmroku, typowym dla wietrznego dnia i godziny zmierzchu. Widać było szereg okien, kilka już oświetlonych; krzaki akacji o niemal czarnej zieleni wokół klombów, bruk połyskujący matową i wapienną bielą. Jak zwykle na bruku wylegiwało się mnóstwo kotów, zgodnie z tajemniczym porządkiem, który nie wydawał się przypadkowy: niektóre miały podwinięte łapy, inne siedziały owinięte ogonem, jeszcze inne krążyły leniwie i ostrożnie, z nosem przytkniętym do ziemi i podniesionym ogonem; były tam koty w białe i czarne łaty, koty szare, koty całkiem białe i całkiem czarne, koty pręgowane i koty płowe. Zacząłem przyglądać się im uważnie; robiłem to często, był to równie dobry jak inne sposób zabicia czasu.”*




Na Malcie** byłam dwa razy. Pojechałabym i trzeci raz – choćby tylko po to, aby w czasie zmierzchu błąkać się ze szklanym okiem po osiedlach. Tyle tam wolno żyjących miałmiałków, że nie wiadomo, w którą stronę patrzyć ;)

Dzisiaj mają swoje święto.


* Alberto Moravia – „Nuda”
** nie tej poznańskiej, tylko tej kawałek drogi z Sycylii

poniedziałek, 4 października 2010

O piątku wspomienie

Trochę piątków już minęło od czasu, kiedy z Lipką zapakowałyśmy się w metro i pojechałyśmy w północne rejony celem babińca u Lo. Pamiętam jakby to było dzisiaj – pyszne szpinakowe placuszki z łososiem i dla odmiany z camembertem, pieczona papryka, wytrawne wino, aromatyczna kawa i boski, po prostu boski deser. Były też bułeczki. Jak tylko je spróbowałam, jeszcze ciepłe, wiedziałam, że muszę je upiec. Więc skoro musiałam... ;)


Bułeczki z suszonymi pomidorami (za Looko na zielono)

675 g (6 szklanek) mąki pszennej (najlepiej chlebowej) – zwykła pszenna
2 łyżeczki soli morskiej (lub 1,5 łyżeczki zwykłej)
25 g świeżych drożdży
25 g (2 łyżki) cukru pudru – miałki, brązowy
400 ml (1 i 2/3 szklanki) ciepłego mleka
15 ml (1 łyżka) koncentratu pomidorowego – 2 łyżki, bo lubimy wszystko, co pomidorowe
75 ml (5 łyżek) oliwy z oliwek z pierwszego tłoczenia – 7 łyżek
75 ml (5 łyżek) oliwy ze słoika z suszonymi pomidorami – oliwa aromatyzowana pepperoncino, ostrra bardzo, 3 łyżki
75 g (3/4 szklanki) suszonych pomidorów (pokrojonych w paski lub kostkę)
1 duża cebula posiekana w drobną kostkę – cebula czerwona
2 ząbki czosnku posiekane w cienkie plastry – bez czosnku

Do miski wlać mleko, dodać drożdże, cukier puder i 2 łyżki mąki. Wymieszać wszystko i odstawić na 10 minut. Dodać koncentrat pomidorowy, sól i wymieszać do uzyskania gładkiej konsystencji. Wlać dwa rodzaje oliwy i dosypać mąkę. Wyrabiać mikserem (końcówki haki) lub dłońmi przez 6 - 8 minut . Przykryć ściereczką i odstawić na dwie godziny (rosło jak szalone wystarczyła godzina z lekkim okładem) do wyrastania. Po tym czasie dodać suszone pomidory, cebulę i czosnek. Ponownie wyrabiać ciasto przez 3 minuty. Z ciasta uformować (dłońmi posmarowanymi olejem) bułki i przełożyć je na blachę wyłożoną papierem. Odstawić na 20 - 40 minut do wyrastania. Bułki można posmarować rozbełtanym jajkiem lub posypać mąką (zapomniałam zarówno o mące jak i jajcu). Piec w piekarniku nagrzanym do 190 do zrumienienia (10 - 15 minut). Z ciasta można uformować też dwa bochenki chleba, ale należy wtedy wydłużyć czas pieczenia. Bułki odstawić na chwilę na kratkę do lekkiego wystudzenia. Bułeczki są pyszne na ciepło (zdecydowanie na ciepło smakują najlepiej).



Kulki zrobiłam trochę za duże i podczas półgodzinnego wyrastania trochę się zbuntowały i koncertowo rozpłaszczyły, a w piekle dokonały ostatecznie dzieła ładnie się z sobą zrastając*. Nic to! - później rozdzieliłam je nożem. Z duszonymi warzywami (bakłażan, zielona papryka, pomidory) smakowały rewelacyjnie. Zaś na drugi dzień ponieważ dopadło mnie (a ściślej mówiąc – przeszło na mnie) lekkie przeziębienie – zaaplikowałam sobie „odkażające** śniadanie”- pomidory z duuuużą porcją czerwonej cebuli wymerdane ze śmietaną, posolone i pieprznięte z młynka. A do tego te buły. Mniam! :)

* mały bochenek też byłby niezły
** byłam na urlopie, więc mogłam sobie pozwolić ;)


A co na to Lec? ---> "Chleb otwiera każde usta."

sobota, 11 września 2010

Jestem (*) i lubię koty - czyli rzecz o lubisiach

Zajtonka, Lipka, Ewelka, Grażka, Siostra Arkadia i Thiessa (chyba wymieniłam wszystkich?) wyraziły(-li) chęć dowiedzenia się, co lubię, ale oczywiście jestem: leniwa, zapracowana, śpiąca, zajęta życiem realnym, czytaniem, słuchaniem, gapieniem się, fotografowaniem, pakowaniem i rozpakowywaniem, pochłonięta miłością, piciem kawy, jedzeniem słodyczy, oglądaniem filmów, et cetera, et cetera, że o lubisiach milczałam do dzisiaj. Zatem popełnię czyn wyznania, ale w oszczędnej formie, bo jestem: „*”


1. Lubię spać – dzisiaj na ten przykład przespałam bite dwanaście godzin. Odłożyłam wczoraj na chwilę książkę i zapluszczyłam oczy. Pan R. proroczo stwierdził, że zaraz usnę, na co od razu żywo zaprzeczyłam. Ostatecznie... obudziłam się po ok. 12 godzinach. Hm!

2. Lubię słodycze – zawsze i o każdej porze. Ale nie wszystkie. Lody cytrynowe, wafle truskawkowe, biała czekolada i chałwa mogłyby dla mnie nie istnieć. Wiem, to dziwne.

3. Lubię koty – nawet ktoś mnie do nich porównał. Podoba mi się w nich niezależność tak bardzo odmienna od psiej służalczości. Żeby nie było! – psy też lubię, szczególnie jamniki. To z sentymentu za pewną ogoniastą, wredną i upartą sierścią, której już nie ma na świecie.

4. Lubię fotografować – głównie jedzenie. Nie czuję natomiast zainteresowania krajobrazami i architekturą. Wolę ludzi, ale głównie wtedy, kiedy nie wiedzą, że ich namierzam szklanym.

5. Lubię słuchać muzyki – zwłaszcza, kiedy jesteśmy w filharmonii.

6. Skoro o wychodzeniu z domu mowa – lubię chodzić do kina. Bawi mnie ten cały anturaż z zasiadaniem w rzędzie, gaśnięciem światła i dużym ekranem. Nie lubię za to, kiedy przede mną siada ktoś wyższy ode mnie (czyli prawie zawsze) i zasłania mi część ekranu z polskim tekstem. Grrr!

7. W kinie i w ogóle – lubię oglądać filmy. Nie wszystkie rzecz jasna. Lubię te, które z pozoru wydają się nudne, leniwie się snują, i w których nic się nie dzieje. Ostatni taki? „Once” – rewelacja. Aż się popłakałam.

8. Ufff, punkt ósmy – zbliżam się do końca. Skoro lubię spać, lubię też zasypiać. Szczególnie, kiedy mogę się w tulić w kogoś, kogo kocham. To jest bardzo przyjemnie.

9. Lubię kwiaty. Ostatnio z Ikei przyjechało z nami małe drzewko, które puszcza dużo młodych liści. Fajnie wygląda. Nie mam zdjęcia (jeszcze), więc musicie uwierzyć na słowo ;)

10. I ostatnie – lubię (uwaga!) chodzić do swojej pracy :) I cóż z tego, że jest na ósmą, więc muszę wstać o (wciąż absurdalnej) godzinie 6 rano? Nooo dobra, jak mam lenia, to wstaję o 6.30.


Ptasia zaś wkręciła mnie w spowiedź pt. „jakie czytasz blogi?”. Ponieważ „*”, robię to ostatnio bardzo rzadko, tym samym nieregularnie. Głównie są to blogi kulinarne (też mi niespodzianka!) – przy okazji: czytam Was, ale nie komentuję. Wszystko dlatego, że „*” Ale oprócz kulinarnych, lubię też kocie (bo lubię koty – patrz punkt 3 lubisiów) i takie tam inne.

1. Lubię Miauczenie Ryśka i Karoty
2. Gapić się żartobliwie
3. Czytać, jak możemy się dać zrobić w jajo
4. Oglądać życie z autobusowego piętra
5. i Zaglądać do Szafy.

Na koniec pytanie, które ostatnio wymyśliłam (razem z odpowiedzią). Czy wiecie jak się nazywa zabawka dla kota? – MYSZKOTKA! Ha! ;)





A co na to Lec? ---> „Czy aforyzm jest werdyktem? Tak, w stosunku do autora.”


* "leniwa, zapracowana, śpiąca, zajęta życiem realnym, czytaniem, słuchaniem, gapieniem się, fotografowaniem, pakowaniem i rozpakowywaniem, pochłonięta miłością, piciem kawy, jedzeniem słodyczy, oglądaniem filmów, et cetera, et cetera"

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Filowanie za kotem

Pojechałam z wizytą do pewnego futra. Jednostka mrucząca okazała się nie być zbyt gościnna i włączywszy totalnego ignora schowała się pod łóżkiem. Tłumaczę sobie ten jakże oburzający fakt tym, że młoda jest jeszcze oszołomiona zmianą kątów i niekoniecznie wyrywa się do czochrania za rysiowymi uszami. Pomyślałam, że jeszcze sobie pogadamy o tym – inną razą. Póki co, pobieżne naoczne obserwacje wskazują, że bydlę jest wielkie i zapewne ciężkie. A ponieważ jest kotem, hmmm, nie wróżę, aby była prosta w obsłudze. Ale może chociaż następnym razem będzie bardziej towarzyska.



Tymczasem przyszła pora na filowanie. Proces produkcyjny rozpoczęłam ja, tworząc ciało, natomiast dziane spoczęło w piekle dnia następnego po akcji ubogacania wewnętrznie serem przez Pana R.
Greckie pierożki miałam już obiecane od pewnego czasu, więc w końcu należało je uskutecznić.

Przepis na ciasto pochodzi od Dorotus, natomiast nadzienie to luźna interperetacja „Serowych pierożków” z książki „Kuchnia Grecka” (strona czterdziesta któraś w takiej małej czerwonej okładce, następnym razem zapodam wydawnictwo albo coś w podobie, co pozwoli ją bardziej zidentyfikować). No to lecim z filowaniem.



Ciasto filo (za Dorotus); oko na zielono

400 g mąki pszennej (hola, hola! trochę więcej jednak)
6 g soli (sypnęłam tyle, ile się zmieściło na łyżeczce)
330 ml wody, podgrzanej do 50ºC (ciepła z czajnika – po prostu)
30 ml oliwy z oliwek
skrobia ziemniaczana do podsypywania (z braku rzeczonej była pszenna)

Mikserem wymieszać mąkę, sól i wodę. Jak składniki zaczną się łączyć, wlać oliwę, nadal miksując. Miksować około 3 - 4 minut, aż ciasto się połączy, będzie miękkie, delikatnie klejące i będzie prawie odchodziło od brzegów miski.

Tutaj wszystko się zgadzało, do momentu, aż...

Wyłożyć ciasto na stolnicę oprószoną skrobią ziemniaczaną, uformować w kulę.

Ciasto owszem, z miski dało się wyprowadzić, ale na stolicy rozlało się jak mleko po podłodze. Musiałam dodać ok. 110-120 g mąki, by ciało było bardziej chętne do współpracy.

Kulę podzielić na mniejsze kawałki, około 60 g każdy, również uformować je w kulki. Ułożyć je na blaszce oprószonej skrobią, w odległości kilku centymetrów od siebie. Przykryć je folią lub ręczniczkiem i pozostawić w chłodnym pomieszczeniu (14 - 16ºC) na 2 godziny (koniecznie - eeee!).

Kulki zrobiłam na oko wielkości dużej śliwki, które następnie zostały przykryte wilgotną ściereczką i odpoczywały ok. 3 godziny. Po tym czasie mieliśmy przejść do etapu kolejnego, ale zastała nas ciemna noc, a opuściły chęci. Tym samym kulki zostały na tacy opakowane folią i władowane do zamrażalnika. A następnego dnia Pan R. ...

Delikatnie oprószyć mąką stolnicę. Jeden kawałek ciasta filo położyć na środku. Rozwałkować go na koło o średnicy 14 - 16 cm (ja rozwałkowuję trochę bardziej). Od tego momentu - kładziemy dłonie pod ciasto i rozciągamy je ostrożnie grzbietami dłoni, uważając by nie popękało. Ważne, by pod spodem podsypywać skrobią. Ciasto jest gotowe, gdy ma grubość około 0,5 mm, czyli jest tak cienkie, że można przez nie przeczytać gazetę .

Z męskiej opowieści, tak to właśnie mniej więcej wyglądało.

Jak płat ciasta jest gotowy, należy go przykryć delikatnie wilgotnym ręczniczkiem lub folią by nie wysychał. Następnie tym sposobem przygotować kolejne płaty ciasta, układać je na sobie po posypaniu wcześniejszego płata skrobią, na końcu przykryć ręczniczkiem lub folią. Nadmiar skrobi z ciasta można usunąć pędzelkiem.

Ale tak to On się nie bawił. Od razu pędzelkiem z oliwą smarował ciasto, kładł nadzienie* i zawijał. Założenie pierwotne wskazywało, że będą to trójkąty... No dobra! ;) A potem piekł przez 15 minut w 180 stopniach.
Jadłam na zimno, były pyszne. Podobnież z pieca też są rewelka.

* Nadzienie

ser biały (zamiast fety)rozgnieciony widelcem
ser żółty (starty na tarce)
zielona pietruszka (drobno poszatkowana)
jajco (żeby wszystko się razem skleiło)

Wszystko razem wystarczy wymieszać na zjednoczenie, a potem tylko nadziewać i zawijać.



A co na to Lec? ---> „Bardzo wiele sztuk kończy się inaczej niż w tekście.”

środa, 11 sierpnia 2010

Oko i drabina, czyli niedziela w Szczęściu

Jeszcze z 2 miesiące temu było tak: jeden es, tudzież telefon i po niedługiej chwili dwie panie siorbały w Szczęściu kawkę z Ivonki. No ale kiedy, dwie panie zaczęły pracować, czas jakby się skurczył i na dodatek przyspieszył. Doba to niestety nie guma z majtek. Tym samym wspólne pichcenie tez jakby zmalało na częstotliwości. A poza tym wyszło pomiędzy milion innych spraw, no i Pan R., któremu też należy się dużo uwagi.
Tym bardziej – po przerwie - obie z radością powitałyśmy dzień pieczenia drabin.


Samo pieczenie nie nastręczyło jakoś specjalnych kłopotów, oprócz opornego ciała, które nijak nie chciało się przez dłuższą chwilę poddać dłoniom. Solidne orzeźwienie go wodą trochę pomogło, choć, przyznaję bez bicia, liczyłam ostatecznie na bardziej puchatą w miąższu przegryzajkę. W ostatecznym rozrachunku jednak i tak wyszło niezłe. Spośród bogactwa propozycji, nasze drabiny dziane były: tapenadą z czarnych oliwek, caponatą, a na słodko śliwkami i morelami. Te ostatnie z dżemiksem truskawkowo – rabarbarowym hand made by Lipka, smakowały zacnie. W poniedziałek zastąpiły lanczboksa – godnie ;)

Ps. Przepis ---> tutaj


A co na to Lec?---> "Z Dziesięciorga Przykazań wysnułem jedenaste: zwięzłość."


wtorek, 3 sierpnia 2010

Co się komu upiekło?

Lipiec rozpoczął się muzycznie, a sierpień filmowo. Zaś pomiędzy – nad Czarną Hańczą – miało miejsce spotkanie Bardzo Tajnej Grupy Kumoterstwa.

Wracając jednak do lipca – Warsaw Sumer Jazz Days można określić w wielkim skrócie tak:
Odkrycie – Most Other People To The Killing
Zachwyt – Pat Metheny Group
Sama przyjemność- Kurt Elling na równi z Portico Quartet


Pod koniec lipca, zahaczając o początek sierpnia wpadliśmy we Wrocku w filmową Erę Nowych Horyzontów. Zupełnie przypadkowo dopadła nas „Tęsknota za Światłem”, zaciekawił zamknięty w czterech ścianach świat „Phobidilii. Po „Wtorku po świętach”, zobaczyliśmy – wcale nie na mapie - „Jej drogę”, zaś „Papierowy Żołnierz” spłonął zniecierpliwieniem. „The limit of control” był snem, który dopadł bez pytania. Tym samym, film choć długi, okazał się krótkim. Do poprawki! A za wszystko odpowiedzialny był Szef „Szefa wszystkich szefów”, bo to w istocie dobra wymówka ;)


A przedtem i jeszcze pomiędzy, w wysokiej temperaturze, piekliły się zakwasowe ciała. Wszystko dzięki temu, że rozklonowała się Matuszka i powiła Młodzieńca. Sama zaś potem zakwitła i przekwitła dokonując niniejszym żywota. Cóż poradzić, może Tilia pochyli się z opowieścią o końcu wspomnianej. Ale nie ma tego złego – Młody mógł się prokreacyjnie wykazać i stworzyć nowe życie. Akacja zakończona powodzeniem - nowe bąbelki już są na świecie. Hip hip hurra! ;)


Ale to nie koniec działalności Młodzieńca. Dzięki jego współpracy, ja i Pan R. mogliśmy rozgrzać piekarnik, w formy keksówki wtłoczyć ciała, a potem zjeść trzy chleby. No bardzo pysznie! :)



Chleb żytni razowy z pestkami dyni (za Kass)
(1 bochenek pieczony w foremce keksowej średniej wielkości)

Wieczorem przygotować zaczyn zakwasowy:
2 łyżki zakwasu żytniego
120 g mąki żytniej typ 2000 (razowej)
50 g mąki żytniej typ 720
3/4 szklanki wody

Wymieszać dokładnie i odstawić w przykrytej folią misce, w temperaturze pokojowej na 12 godz.

Ciasto właściwe:
180 g mąki żytniej typ 2000
100 g mąki żytniej typ 720
100 g mąki pszennej typ 650 lub innej
350 g wody
2 łyżki melasy (u nas miód - zdaje się lipowy)
1/2 łyżki kminku utłuczonego w moździerzu (opcjonalnie) - pominięte
3/4 płaskiej łyżki soli
1/3 szklanki pestek dyni uprażonych na suchej patelni- pominięte

Rano do zaczynu dodać resztę składników i wyrobić krótko, można łyżką, do połączenia składników. Przykryć miskę i odstawić na 1 1/2 godziny aż ciasto 'ruszy'. Nie musi podwajać objętości, wystarczy jak lekko zacznie rosnąć. Foremkę natłuścić, wysypać otrębami (pominęliśmy) i przełożyć do niej ciasto chlebowe. Wyrównać mokrą dłonią i posmarować wierzch olejem słonecznikowym. Przykryć foremkę folią spożywczą lub włożyć do worka foliowego. Odstawić do wyrośnięcia, aż wypełni foremkę, na ok. 2 - 2 1/2 godz (u nas wyrastał ponad 3 godziny - bardzo oporna materia była z tego egzemplarza). Nagrzać piekarnik do temperatury 200 stopni Celsjusza i wstawić chleb do upieczenia. Po 15 minutach zmniejszyć temperaturę do 190 stopni Celsjusza i piec jeszcze ok 40-45 minut (ponieważ my sobie, a termostat sobie temperatura u nas skakała jak pchła - ale ciepło utrzymywało się w okolicach 200 stopni przez cały czas). Wyłączyć piekarnik i pozostawić chleb w piecu jeszcze 10 minut. Wyjąć na kratkę i wystudzić. Najlepszy na drugi dzień (chociaż autorka przyznaje, że 'piętka' jeszcze ciepłego to poezja!!!)





Chleb orkiszowy z miodem (za Liską)

Zaczyn:
50 g zakwasu żytniego
75 g mąki orkiszowej (użyłam mąki typ 700, jasnej)
100 g wody

Odstawić na 12-24 h (odstawiliśmy na ok 10 h)

Następnie dodać:
275 g wody
30 g miodu
500 g mąki orkiszowej (użyłam mąki typ 700, jasnej)
1 łyżeczka drożdży suszonych instant
1,5 łyżeczki (10 g) soli morskiej
u nas jeszcze: czarne oliwki, suszony tymianek i zioła prowansalskie

Składniki zaczynu wymieszać ze składnikami na ciasto. Można zagniatać ręcznie (10-15 minut)lub mikserem (6-7 minut). Zagniatamy do czasu, aż ciasto będzie gładkie.
Miskę przykrywamy przezroczystą folią i odstawiamy do fermentacji na ok. 2 godziny. Ciasto powinno podwoić swoją objętość - od tego uzależniamy czas fermentacji. Zdarza się, że trwa ona krócej, innym razem - dłużej, do 3 godzin (u nas ciasto rosło jak głupie - w przeciągu godziny uciekało już z foremki).

Keksówkę o długości 25 cm smarujemy olejem i wysypujemy otrębami (żytnimi lub orkiszowymi). Przekładamy do niej wyrośnięte ciasto i ponownie przykrywamy folią lub ściereczką.
(Można też zamiast pieczenia w keksówce, uformować okrągły bochenek i przełożyć go do wyrośnięcia do koszyczka wysypanego mąką.)
Odstawiamy do wyrośnięcia na 1-1,5 godziny. Ciasto powinno wypełnić całą formę.

Piekarnik nagrzewamy do 230 st C.
Wstawiamy chleb. Po 10 minutach zmniejszamy do 200 st C i dopiekamy kolejne 30 minut.
(Pieczenie zaś odbyło się w około 180 stopniach, w związku z tym stwierdziliśmy, że fochy piekarnika nam niestraszne, chleb piecze się w każdej temperaturze, jaką od nas dostanie ;))
Po upieczeniu chleb wyjmujemy i przed krojeniem pozwalamy mu zupełnie ostygnąć.





Najlepszy (za Buru)

Przepis na najlepszy czyli chleb pszenno-żytni wieloziarnisty (pierwowzór to przepis od Natki, która dostała go od swej sąsiadki):


2 szkl maki żytniej razowej
1 szkl maki jasnej maki pszennej
1/4 szkl pestek dyni
1/4 szkl słonecznika
1/4 szkl siemienia lnianego (była porządna łycha zarodków pszennych)
1/4 szkl płatków owsianych
1/4 szkl otrąb
plaska łyżka soli
1 3/4 szkl letniej wody
3/4 szkl zakwasu na mace żytniej razowej (100% hydracji)

Do misy wsypuje make, dodaje sol, ziarna, otręby, płatki owsiane, mieszam. Dodaje zakwas, wlewam letnia wodę i dokładnie mieszam, tak ze 2 minuty, nie dłużej. Ciasto wkładam do natłuszczonej i wysypanej maka blaszki (keksówki, 11x30cm), wygładzam wierzch chleba łyżka zanurzanej w wodzie, pozostawiam do wyrośniecie, ma niemal podwoić objętość (3 godziny, w temp. 24st C.). Piekę w temp. 175 st. C przez 80 minut. Wystudzić całkowicie przed pokrojeniem. Najlepszy.
(Pan R. też ochrzcił go mianem najlepszego, ja przytakuję :))


*******



Przy okazji (dobrze, że Lipka mi przypomniała) zapraszam do pieczenia FOUGASSE. Tym razem gospodarzę ja. Przepis niżej i na Gospodarnym. Cóż mogę napisać tytułem wstępu? – Nie dajcie się Misiaczki złapać na gorącym uczynku, bo gorący ma być tylko piekarnik. Zatem: niech Wam się upiecze! ;)


Chlebek-drabina (wg przepisu z książki "Wyznania francuskiego piekarza")
(Fougasse)
(2 bochenki)

Składniki:
1 3/4 szklanki mąki uniwersalnej
1 3/4 szklanki mąki chlebowej
1 1/2 łyżeczki soli
4 1/2 łyżeczki drożdży instant*
1 łyżka miękkiego masła
3 łyżki mleka w proszku**
4 1/2 łyżeczki cukru
1 szklanka wody (temperatura 32-38 stopni Celsjusza)

Nadzienie:
Tapenada
Gęsty sos pomidorowy z plasterkami chorizo lub innej ulubionej kiełbasy
Przecier z grzybów
Przecier z anchois
Siekany czosnek z pietruszką
Ser kozi
Roquefort z rozgniecionymi orzechami włoskimi

A od Lipki:
Pesto
Mozarella z cząstkami pomidorków koktajlowych
Feta z pieczoną papryką
Pasta z pieczonej papryki, suszonych pomidorów i chilli
Kawałki cukinii z koperkiem i piniolami
Caponata

lub na słodko z owocami czy gęstymi dżemami albo z samym cukrem, np. perłowym.

Do posmarowania (opcjonalnie):
1 jajko, rozmącone
sezam
cukier

Przygotowania: Przesiać mąkę z solą do misy miksera, dodać drożdże, a potem masło i wyrabiać na średnich lub niskich obrotach, stopniowo dodając mleko w proszku i cukier. Powoli wlewać wodę i wyrabiać ok. 5-10 minut, aż ciasto zacznie odchodzić od brzegów naczynia. Wyjąć ciasto, położyć na blacie i zostawić na 10 minut.
Przełożyć z powrotem do misy i wyrabiać na średnich obrotach przez ok. 15-20 minut, aż ciasto będzie miękkie i elastyczne (można zrobić tzw. próbę szyby - czyli rozciągnąć kawałek ciasta, aż utworzy cieniutką, na wpół przezroczystą membranę). Wyrobione ciasto uformować w kulę i włożyć do misy na ok. 45 minut do wyrastania***, aż podwoi swoją objętość.
Po tym czasie delikatnie wyjąć ciasto, podzielić je na dwie części (po ok. 1/2 kg) i uformować 2 gładkie kule. Przykryć wilgotną ściereczką i odstawić na blacie do podwojenia objętości, na ok. 20-25 minut. W tym czasie nagrzać piekarnik do 220 stopni Celsjusza (IMO z kamieniem, czyli na minimum godzinę wcześniej).
Gdy kule podwoją objętość, przebić je, uformować w kształt prostokąta o wymiarach ok. 10 cm x 25 cm. Na połowie ciasta, wzdłuż dłuższego boku rozsmarować wybrane nadzienie, zostawiając wolny brzeg ok. 1,5 cm. Drugą połówkę ciasta ponacinać ostrą żyletką (IMO nóż może się tutaj nie sprawdzić) na całej długości w 4-6 miejscach, dokonując ukośnych nacięć. Złożyć ciasto, by nacięcia były na górze, a brzegi docisnąć, by się dobrze zlepiły. Posmarować jajkiem (ew. mlekiem, wodą z cukrem lub wodą z mąką), posypać sezamem lub cukrem (lub inną ulubioną posypką) i wstawić do pieca. Piec przez 20 minut z parą. Studzić na kratce.

* jeśli użyjemy drożdży świeżych lub suszonych, najpierw trzeba zrobić z nich rozczyn - wymieszać je z kilkoma łyżkami wody, częścią cukru i garścią mąki. Odłożyć na 15-20 minut do ruszenia.

** ja zwykle zamiast mleka w proszku i wody, daję mleko, a dosypuję podobną ilość mąki ile było w przepisie mleka w proszku - tutaj pewnie dosypię 2 czubate łyżki.

*** należy uważać by ciasto w czasie wyrastania nie leżało w przeciągu ani w chłodnym miejscu.

*, **, *** Lipka

wtorek, 29 czerwca 2010

Same drobnostki

Spostrzeżenie 1: jest lato - nareszcie.

Spostrzeżenie 2: godziny szczytu wcale nie muszą irytować, jeśli cieszysz się, że chodzisz do pracy.

Spostrzeżenie 3: pożeranie książek przypomina szał sprzed lat, i odsuwa na boczny tor Internet – bez żalu.

Spostrzeżenie 4: telefon na pracowniczym biurku cieszy i... martwi ;)

Spostrzeżenie 5: godzina 6 rano przestała być nocą w miarę... bezboleśnie.

Spostrzeżenie 6: przeprowadzki bezwzględnie unaoczniają, że człowiek, choćby jak się starał i tak ma coś z chomika.

Spostrzeżenie 7: głowa w chmurach i wzrok utkwiony w piwnych oczach wcale nie zwalnia od uczucia głodu. Ot, taka...drobnostka.

Same drobnostki, czyli kurczak w trzech smakach - oto właśnie rezultat podpuszczenia przez Kumy Koszelewskie*. Uprasza się o zamknięcie szeroko oczu, gdyż dzisiaj kuchnia bezpruderyjnie serwuje same kurczęce cyce. Tym samym bezwstydnie epatuje piersiami. Lecim z koksem.



Drobnostka pierwsza – smak ekspresowy, śmietanowo – koperkowy
(źródło: przebłysk myśli)

pierś z kurczaka (pokrojona w paski)
oliwa
przyprawy: sól, pieprz kolorowy i wędzona papryczka z Esplette (Beo, dziękuję)
śmietana
bulion
koperek

Piersi trzeba wymiąchać z oliwą i przyprawami, a potem rzucić na patelnię, co by mięso się ścięło. Potem wystarczy podlać lekko bulionem i śmietaną, sypnąć koperkiem, zrobić zamieszanie, chwilę poddusić i jeść – dobrze dogaduje się z ujędrnionymi kluchami.




Drobnostka druga – smak winny, czyli kurczak napił się Marsali
(inspiracja tym przepisem skompilowanym z wycinkiem gazetowym znalezionym w cytrynie)

oliwa
szalotki
marsala
bulion
śmietana
usmażone, pokrojonee w paski piersi z kurczaka
płatki migdałowe
bób
oliwa
świeży imbir
sok z limonki

Na oliwie trzeba doprowadzić do omdlenia szalotki i zalkoholizować marsalą, Potem potraktować bulionem i śmietaną, wymiąchać i dorzucić usmażone (sposób jak wyżej) piersi z kurczaka). Posypać podprażonymi na suchej patelni płatkami migdałowymi. Jeść z ugotowanym bobem wymerdanym z kapką oliwy, sokiem z limonki i startym kłączem imbiru.




Drobnostka 3 – smak kolorowy, z lekka grzybowy, czyli potrawką na okrągło
(źródło: wycinek z gazety)

oliwa
cebula
pieczarki
pierś z kurczaka
groszek mrożony
bulion
śmietana

Na oliwie szkli się cebula, potem doskakują poplasterkowane pieczarki. Kiedy zmiękną, doskakuje usmażona pierś (pokrojona) i groszek. Wszystko podlewa się bulionem. Zakończenie należy do śmietany i pieprzu z młynka.



A co na to Lec? ---> „Dlaczego piszę z przymrużeniem oka? Perspektywa lepsza.”


* czyli Moni, Buru, Grażka i rodzynek Tosiek podczas jednej z sesji rozwijania rozmariana przy przaśnym koszelewskim stole

czwartek, 10 czerwca 2010

Tymczasem... zrobiło się jakoś... duszno ;)

W emalii, która już nieco przestygła od soboty, został wysmażony elaborat o posypywaniu głowy popiołem. Odniosłam zwycięstwo, choć można by rzec - pyrrusowe. Odczuwam nieprzeparte uczucie, iż przestaję doznawać odruchu duszenia się w codzienności. Tym bardziej jestem okrutna, bo teraz duszę ja – innych w garze. Otóż właśnie poniżej owi nieszczęśnicy. No cóż... nie od dziś zwykłam mawiać, że zła kobieta ze mnie. Ale!... jakby zrehabilitowana... nieco ;)



Banany Curry (źródło: „Kuchnia wegetariańska”*, s. 507)

masło
przeprasowane zęby czosnkowe
kumin
kurkuma
banany
garam masala
mleko kokosowe
sok z limonki

Na masło najpierw wpadają: kumin, zęby i kurkuma, tak na krótkie 2 minutki, a później majestatycznie pojawiają się poplasterkowane banany i miękną od żaru , który obłapia od spodu patelnię. Banany ulegają (nie mogą być zbyt miękkie – w sensie, że efekt finalny nie ma być paćką, tylko miękkimi plasterkami) i wtedy do akcji wkracza garam masala, mleko kokosowe ( w przepisie było zwykłe), sok z limonki, ciut pieprzniętego z młynka i ździebko soli. Kiedy mleko wyparowało, zabrałam się do konsumpcji. Aha! Pierwotnie z planach miały być z ryżem jaśminowym, ale... zapomniałam go ugotować. Czym się oczywiście za bardzo nie przejęłam, bo banany same w sobie były dość syte.




Fasolka z jabłkiem na ostro (źródło: „Kuchnia wegetariańska”**, s. 518)

dziewica
cebulina – czerwona
kurkuma
pieprz kajeński
cynamon
kumin
jabłko
cukier
fasolka cannellini (z puszki)
imbir z kłącza
sól, pieprznięty (kolorowy)
ryż jaśminowy

Na dziewicy najpierw omdlała cebulina, w tak zwanym międzyczasie obsypując się przyprawami. Potem doskoczyły pokawałkowane jabłka z odrobiną cukru, a za nimi fasolka, imbir i nieco wody. Wszystko dusiło się w ukropie, a na koniec lekko towarzystwu przysoliłam i pieprznęłam z młynka kolorowo. Zjadłam z jaśminowym, choć książka chciała z basmati.




Cukinia z boczkiem (źródło: wycinek gazety znaleziony, podczas porządków w kulinarnym segregatorze)

dziewica
boczek
cukinia
por (biała część)
przeprasowane zęby czosnkowe
sól, pieprznięty (kolorowy)
natka pietruszki

Na małej ilości dziewicy przesmażył się boczek i zaraz wpadły cukinie z odrobiną wody i soli. Dusiły się chwilę do miękkości (miała być lekko chrupka) razem z porem i zębami. Na koniec pieprznęłam z młynka i obsypałam pietruszką. Najpierw wymyśliłam sobie, że zjem to sobie z kluchami albo z bagietką. Ale upał za oknem skutecznie pozbawił mnie większego apetytu. Za to myślę sobie, że jedząc te cukinie można być lekko winnym, najlepiej białym, a jeszcze lepiej wytrawnym. Będzie prima sort – na letnią, lekką kolację, nawet może być przy świecach.


****


A propos duszenia – niezmiennie wielbię leczo, a raczej wszelkie wariacje na ten sam temat. Na porę wakacyjną jest akuratne, bo wychodzi dużo i tanio – jak w reklamie ;) W sobotę z Panem R. popełniliśmy gar tego dobra. Były: czerwona cebulina, cukinia, bakłażan, pomidory, 3 kolory papryki, kiełbasa, koncentrat pomidorowy, z przypraw: pieprznięty, papryka ostra i łagodna, no i sól – rzecz jasna. Najpierw na dziewicy poddusiła się kiełbasa i cebulina, i razem z warzywami dusiły się potem swoim towarzystwem w garze, podlewane wodą z połową zawartości słoika koncentratu pomidorowego. Wyszło, przyznam nieskromnie, pyszne. Ale z takowych wariacji chętnie dorzucam jeszcze oliwencje, seler naciowy, a z przypraw czarnuszkę. I też jest git.
Jaki z tego wniosek? Bądźmy okrutni tego lata – duśmy bezwzględnie i nawet bez zmrużenia okiem ;)


A co na to Lec?---> „Duszno jest! Otwórzcie okna, niech ci na dworze też poczują.”



*, ** hmmm, autora, ani redakcji nie podam, bo wydawnictwo uznało, że to nie jest jakoś specjalnie ważne; wiadomo za to, że druk był...tadam! w Honkgongu. Taaaa, to bardzo istotna informacja ;)

piątek, 28 maja 2010

O kurniakałdulia! – zupy!

"Rotmistrz Opas: Hej, Matko Ubico! A cóż nam dziś dasz dobrego?
Ubica: Oto menu.
Ubu: Oho! Wreszcie coś ciekawego.
Ubica: Zupsko polskie, szponder z rastrona, cielak, kurak, pasztet pieski, pipek indora, mus ruski...
Ubu: No, no, nie tak ostro, starczy już tego, jak myślę. Chyba że masz tam coś jeszcze?
Ubica (ciągnąc dalej): Bomba, sałata, frukty, tuk z rury, łamańce, topinambur, kalafior a la grówno.
Ubu: Te! Za szacha perskiego mnie bierzesz, żeby tak groszem szastać?
Ubica: Nie słuchajcie go, to kretyn.
Ubu: Hu! Bo weznę i zakąszę twoją girą.
Ubica: Lepiej wsuwaj, Ubu. Oto zupsko polskie.”
*


Dawnośmy się nie widzieli. Misie Kolorowe ;) Uprasza się o wybaczenie tegoż zaniedbania. Dzieje się dużo i głównie dobrze. Widzę, słyszę, uśmiecham się, czasem coś czytam. Tutaj kajam się, że Was nie odwiedzam – niebawem nadrobię zaległości. Żyję teraz w nieco innej czasoprzestrzeni, pomiędzy stawiam kropki, a w ogóle - zaczynam od nowa. Wszystko wygląda ładnie. Właśnie wykreśliłam 3 i 4 postanowienie noworoczne. Ach! Jeszcze, w tak zwanym międzyczasie, zdarza mi się coś zjeść. Zupsko na ten przykład.



Zupsko pierwsze – pietrucha
Primo: miała być szparagowa. Secudno: zrobiła się pietruszkowa, bo sklep mi powiedział, że szparagów nie ma, ale ma za to pietruszkę. Postanowiłam niniejszym wrócić do korzeni, zakasałam rękawy (a nie! przepraszam – byłam akurat w krótkim rękawku) i zabrałam się za warzenie superanckiego. Tym razem był odlotowy, bo na kurzych skrzydłach. A potem, to wiecie – wyżyrafinowałam w nim pietruchę, deczko selera, wymiąchałam ze śmietaną i koperkiem, i dorzuciłam nieco kuraka. A! Doprawiłam jeszcze miksem afrodyzjakalnych przypraw. Potem zabrałam się do konsumpcji.




Zupsko drugie – szampiniony, no i klops!
Najsampierw znowu nawarzyłam superanckiego, pod koniec skumplowałam z nim poplasterkowane szampiniony i dorzuciłam klopsy (takie same jak podczas odwilży, z jednym mykiem – miast nigelli był cząber). Na koniec wymiąchałam ze śmietaną. I tę też zjadłam.




Zupsko trzecie – szparagi z karotą
O! I tutaj w końcu dopadłam te białe badyle. Z pomocą przyszedł Szembek, na który to wybrałyśmy się z Lipką celem zanabycia ingrediencji na urodzinową ucztę w Szczęściu.
Zupsko szło tak: najpierw superancki – podobnie jak w przypadku zupska od korzeni – był odlotowy. Z jednym małym wyjątkiem – dorzuciłam do niego obierki szparagowe i takież też te łykowate końcówki. Kiedy już przestały być potrzebne superanckiemu – skończyły sromotnie swój żywot – mianowicie w śmieciach. Cóż, taka karma, jak się jest niezjadliwym. Idziem dalej – w superanckim dokonała się zbrodnia, bo znowu wyżyrafinowałam, bez zmrużenia nawet, „delikatną strukturę szparaga”. A żeby tego było mało – na dodatek dorzuciłam towarzystwu karotę. A jeszcze później zrobił się w gorącym kubku tłum, bo przypłynęła ławica wędzonego łosia. Jak się nie trudno domyślić – również to zupsko poszło na pożarcie.


A co na to Lec? ---> „Pamiętaj - po każdej kropce zaczyna się znów Stworzenie Świata.”


pees. Tuszę, że słyszeliście o dekonspiracji ;)


* Alfred Jarry - „Ubu król, czyli Polacy” (przekł. Jan Gondowicz)

środa, 21 kwietnia 2010

Słodka seria – odsłona kolejna (na razie ostatnia): maliny

Fakt pierwszy: zbuntowała mi się karta pamięci w szklanym. Muszę kupić nową. Sesji chwilowo nie będzie.

Fakt drugi: nie chce mi się pisać.

Fakt trzeci: nie chce mi się pisać, bo chyba (powtarzam – chyba) nadchodzi przesyt trzecią ręką, a i za oknem jest coraz cieplej.

Fakt czwarty: skoro za oknem robi się cieplej, wypadałoby uskuteczniać jakieś spacery, a nie marnować czas, jak dotychczas.

Fakt piąty: mam blogowe zaległości, ale mam też lenia, aby je nadrobić. Przepraszam. Zrobię to, kiedy rzeczony pójdzie precz. A poza tym: wciąż siedzę w ustawach. Niestety, nadal mi za to nie płacą ;)

Fakt szósty: nie skończyłam słodkiej serii.

Fakt siódmy: skoro jej nie skończyłam, to wciąż nade mną wisi.

Fakt ósmy: niech spadnie.


Słodka seria – odsłona kolejna (na razie ostatnia): maliny
Przepis znalazł się przy okazji komentarzy u Guttosława pod vontrupką żydowską, która była, mówiąc na Tośka - niekiepska. Nie przeszłam koło tego obojętnie, dopytałam i dostałam odpowiedź:

Iza M. pisze:
"Oooo... Zatem wątróbkę drobiową (indycza też dobra) dzielę na części wycinając nieciekawe farfocle. Posypuję umiarkowanie ziołami do drobiu KAMIS, bo to dobra mieszanka i czarnym pieprzem.
Na koniec łyżka oleju np. winogronowy, może dwie - zależy ile wątróbki, zwykle robię 0,7-1 kg. Mieszam i wstawiam na kilka godzin do lodówki, a najlepiej na noc.
Przed przyrządzeniem rozgrzewam na sucho patelnię, wrzucam wątróbkę i mieszam, aż zetnie się ze wszystkich stron. Chwilę duszę pod przykryciem (5 min) dodaję wielką garść mrożonych lub świeżych malin i duszę kolejne kilka minut, aż maliny nieco się rozsypią. Na koniec pięćdziesiątka wiśniówki i jeszcze chwila pod przykryciem. I... na talerze. Dodatki są zbędne, ale czerwone wino jak najbardziej.
Ważne, żeby wątróbka była świeża:)
Jadłam taką wątróbkę na zamku w Uniejowie i tak mnie zachwyciła, że sama spróbowałam. Nie wyszła gorsza:)
Polecam!”


A jak to wygląda u oczka? Po pierwsze – mówię „nie” kurzym, małym farfoclom, z którymi tylko więcej zabawy jest przy czyszczeniu. Wolę indyczą. Zatem (znów pominęłam czasowe skąpanie w mleku na Kleopatrę) vontrupkę oblałam oliwą, obsypałam przyprawą do kurczaka i pieprznęłam czarnym. Odstawiłam na zapomnienie w chłodnicy na całą noc, a później rzuciłam na żar patelni, aby się ścięła. Nie miałam malin, ale od Eksa dostałam słoik domowego dżemiksu malinowego, więc wpadłam na pomysł, aby go użyć w miejsce nieobecnych. A za jakąś chwilę chlusnęłam wiśniówką i dusiłam jeszcze chwilę. I... to był głupi pomysł, niestety. Wprawdzie dżemiks nie był szczególnie słodki, ale w połączeniu ze słodką wiśniówką, von – von zrobiła się bardziej deserem, niż obiadem. Nie twierdzę, że to było niedobre. Ależ skąd, Misie Moje Kolorowe. Primo: lubię słodycze, secundo: lubię vontrupkę. Zjadłam, nawet ze smakiem, ale zapisałam wirtualnie w kajeciku, że jak dżemiks, to lepiej czerwone wino, jak maliny – ewentualnie może być wiśniówka, chociaż.... optowałabym jednak za czymś wytrawnym.



A co na to Lec?---> "Każdy człowiek powinien posiadać własny kąt patrzenia."


Aha! Na koniec obsypałam uprażonymi na suchej patelni płatkami migdałowymi. No i jeszcze jedna kwestia – spodobało mi się nieobtaczanie von – von w mące ;)

piątek, 9 kwietnia 2010

Słodka seria (kontynuacja) - z rodzynkami

Ależ oczywiście, że to nie koniec słodkiej serii. Przerywnikiem były święta, ale skoro poszły już sobie precz, należałoby sobie słodzić dalej.
Tym razem na tapetę poszła vontrupka. Guttosław podał fajny przepis, któremu nie śmiałam odpuścić. Na wstępie jednak – składam protest przeciwko kurzym wątróbkom. Za dużo z nimi roboty. Zdecydowanie wolę indycze. Mam nauczkę.

W przepisie Roberta stoi tak:
„Wątróbki drobiowe, należy oczyścić, namoczyć w mleku. Dwie cebule pokroić w "piórka", trzy czosnki w plasterki. Smażymy prawie równocześnie wątróbkę, cebulę i czosnek, szczypta cynamonu, pieprzu, i pod koniec garstka płatków migdałowych. Solimy po wszystkim! W oryginale jest jeszcze garstka namoczonych rodzynek.”

Tym razem vontrupki nie skąpałam jak Kleopatrę, bo najzwyczajniej zapomniało mi się kupić mleko. Nic to! - umytą, oczyszczoną i pokawałkowaną von rzuciłam na patelnię i trzymałam aż się trochę zetnie i dopiero później dorzuciłam cebulinę w piórach. Postawiłam na kolor czerwony, bo jakoś tak mi podpasowała ładnie. Obsypałam przyprawami i dopiero pod koniec dorzuciłam pokrojone w plasterki zęby czosnkowe. Z prostej przyczyny – bałam się, że przy dłuższym pobycie na patelni zbrzydnie im taki cieplarniany żywot i przez to zgorzknieją. A pod sam koniec pojawiła się jeszcze sól, pieprznięty i garść wymoczonych wcześniej we wrzątku rodzynek (rodzynków??). Gutek z nich zrezygnował, ale ja twierdzę, że niepotrzebnie. Pasowały idealnie. Podobnież jak płatki migdałowe uprażone na suchej patelni. A! Zjadłam z ciabattą.



A tak poza konkursem, to wpadł mi do głowy pewien absurd i myślę o nim kilka dni. I tutaj ciekawa jestem Waszego zdania o portalach randkowych. Podzielcie się opinią i spostrzeżeniami, jeśli korzystaliście. Chętnie poczytam :)
Haha! Już widzę w wyobraźni te znaki zapytania ;)P



A co na to Lec? ---> „A może szczęście ukrywa się pod jakimś pseudonimem.”

wtorek, 6 kwietnia 2010

Słówko o tym, jak zostałam gościówą ;)

Ponieważ w poniedziałek byłam gościem w Szczęściu (nawet zmywać Lipka mi zabroniła, więc się niezły bałagan* w zlewie zrobił), to i na Szczęściu dzisiaj się pojawiam gościnnie. Tutaj serwuję tylko zdjęcia, reszta w gościach. No to chodźcie ;) ---> TAM (klik, kilk)






*określiłyśmy to trochę bardziej pieszczotliwie, ale jak na gościówę przystało - jestem grzeczna i nie będę się wyrażać ;)
** foto oczko & Lipka

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...