piątek, 26 lutego 2010

Delicje! Po prostu! :)

Jesteśmy z Lipką bardzo pilnymi uczennicami. Można nawet rzec, że kształcimy się ustawicznie – w maskaradzie, rzecz jasna. Po ostatnich kawowych z marsalowym zabaglione przyszedł czas na „ekskluzywne delicje szampańskie”. Delicje, bo tak nam właśnie pachniało czekoladowo – pomarańczowe nadzienie pomarańczowych maszkaronów. Tym razem warsztaty WSKM, czyli Maskaradowego Klubiku odbywały się z udziałem tylko dwóch person – Lipki i oczka. Miała być jeszcze Gospodarna, ale nie rozmnożyła gospodarnie czasu, więc musiała obejść się smakiem maskarady. Bajdełejem – Moja Droga – weź czym prędzej korepetycje od swoich przepastnych szafek z dziedziny „rozmnażania” ;))

Tym razem, chwalę się, że sama całkiem dużo zrobiłam przy produkcji. Mieliłam, miksowałam, formowałam szprycką ciała i warowałam przy piekle.


Jedynie kawowe mazy robiła już Lipka samodzielnie. I całkiem nieźle jej to wyszło. Nawet odcisk ptasiej nóżki wspólnie zadecydowałyśmy, że zadedykujemy Ptasi :) Ptasiu – niniejszym, masz swojego maszkarona ;)))


A następnego dnia... przyszła pora na wczesno – wieczorną delektację, przy kieliszku (znowu! :)) marsali i filmie o bywaniu w chmurach :) Było słodko.



Tylko Briczka dziwnie łypała okiem, myśląc pewnie pod wąsami: „znowu ci cholerni paparazzi”. Bez względu na swoje kocie myśli, zaprzyjaźniła się jednakowoż z moim szklanym okiem, bez pardonu obwąchując obiektyw. Potem odwróciła się i ostentacyjnie wyszła z kuchni.


Specjalnie mnie to nie zmartwiło. Beztrosko oddałam się dalszemu fotografowaniu i jak słusznie sobie przyznałam rację – w fotografii najbardziej lubię jedzenie ;) Czasem trzeba się poświęcić i robić esy floresy z kręgosłupa. Zdarza się jednak, że stoję, kucam i nachylam się dość normalnie. Tak, czy siak - czego się nie robi dla jedzenia ;)



Maszkarony w wersji: „ekskluzywne delicje szampańskie”

Złota Proporcja Mistrzuni (70 g białek - 170 g cukru pudru - 100 g migdałów) została nieco przeliczona w exelu, bo miałyśmy miej białek. Ostatecznie wyszło... nie pamiętam... Pamiętam tylko, że białek było 60g. Maszkarony były ze skórką pomarańczową i z szafranem, a nadzienie z czekoladą i esencją pomarańczową od Gospodarnej. Niestety, nie jestem tak pilna, jak Buru i nie zrobiłam notatek. Niniejszym – cały przepis zapodam, kiedy Lipka opublikuje go na Szczęściu. Wtedy ja go bezczelnie skopiuję i wrzucę tutaj. Na razie zdjęcia muszą wystarczyć – cóż poradzić ;)


A co na to Lec? ---> ""Że ten, wszystko, co myśli, zapisuje!" Nie wszystko - moi drodzy - nie wszystko."

________________________________________

Edit: 07.03.2010 Przepis za Lipką, szczegóły tutaj

Makaroniki "słoneczne delicje": do makaroników (z ok. 3 bardzo wysuszonych białek przez 5 dni - ok. 66 g) dodana duża szczypta utartego w moździerzu szafranu i ususzona skórka pomarańczy (skórka z 3-4 pomarańczy, starta z nich zesterem, bez albedo, ususzona w piekarniku w 100 stopniach - kilka razy po godzinie, aż wyschła na wiór), a do przełożenia użyta 1 tabliczka roztopionej gorzkiej czekolady z kilkoma kropami ekstraktu (nie zapachu!) z pomarańczy (można też użyć likieru z pomarańczy) i niewielkim chlustem kremówki (lub oleju, jeśli ktoś musi unikać nabiału) tylko tyle by mieć gęstą, ale dającą się przekładać konsystencję. Czekoladę można nakładać albo łyżeczką albo wyciskać z rękawa.


czwartek, 25 lutego 2010

Czas na rozgrzewkę :)

„- Wszystko w porządku?
- Nic mi nie jest. Po prostu trochę zmarzłem.
- Mam ugotowany rosół; świetnie panu zrobi. Niech pan szybko wchodzi.
Ujęła mnie za ramię i poprowadziła w stronę galerii
- Isabello, nie jestem inwalidą.
Puściła mnie zawstydzona.
- Przepraszam.
Nie byłem w nastroju, by toczyć boje z kimkolwiek, a już najmniej z moją upartą asystentką, pozwoliłem więc zaprowadzić się na fotel i opadłem na niego jak worek kości. Isabella usiadła naprzeciwko i przyjrzała mi się zaniepokojona.
- Co się stało?
- Nic. Nic się nie stało. Ponoć czeka na mnie filiżanka rosołu.
- Już podaję.
Wyskoczyła do kuchni, skąd zaczęły dochodzić mnie odgłosy krzątaniny. Odetchnąłem głęboko i zamknąłem oczy, by po chwili usłyszeć zbliżające się kroki Isabelli.
Podała mi ogromną, dymiącą bulionówkę.
- Przecież to większe od nocnika.
- Proszę to wypić i nie wyrażać się.
Powąchałem rosół. Pachniał smakowicie, ale nie chciałem okazywać się zbyt układny.
- Dziwnie pachnie - powiedziałem - Z czego to?
- Pachnie kurczakiem, bo jest z kurczaka, z solą i odrobiną jerezu. Smacznego!
Upiłem nieco i wyciągnąłem bulionówkę ku Isabelli. Pokręciła głową.
- Do dna!
Westchnąłem i upiłem kolejny łyk. Niestety rosół był smaczny.”*



Ugotowałam już sporo litrów superanckiego. Często każdy kolejny miewał inną nutę**, niż poprzedni. Bywał bulion z wywarem szparagowym lub z bardzo bogatym bouquet garni albo ze sporą przewagą rozmarynu z krzaka. Czasem aromatu dodawały suszone grzyby, kłącze imbiru, sos sojowy, tudzież białe półwytrawne z przepisu Ramsaya, które swego czasu wypatrzyła Małgoś.
I rzeczywiście ten ostatni dodatek najbardziej podszedł mi podniebiennie. Nadawał lekką kwaskowość, która doskonale komponowała się z wywarem. Wypiłam wtedy całą bulionówkę i natychmiast pomyślałam o napełnieniu kolejnej. Towarzyszył mi wówczas grubas Hieronimus, który po zatopieniu "Kosy" w łyżce zupy wziął się spakował i odleciał do kurnika Princess.



Ale wracając do superanckiego - nigdy jednak nie udało mi się uzyskać pożądanej klarowności. Aż do tej chwili. Przyznaję jednakowoż, iż to absolutny przypadek, podyktowany skromną ilością ingrediencji z racji mocno szczupłej spiżarni, która w Nowalijce dopiero się tworzy. I jeszcze novum – superancki nie jest tym razem wyłącznie warzywny.

Superancki – minimalistyczny (na jakieś 4 talerze – tym razem bez chłodu zamrażarki)
2 karoty
1 pietrucha
zęby czosnkowe – w ilości ile fabryka dała
łyżka oliwy
2 podudzia z kuraka
3 ziela angielskie
2 wawrzyny
sól, pieprznięty
woda (czyli sine qua non ;)

Wszystko razem gotowało się przez ok. 1 godzinę, może ciut więcej, a potem...



Tak! Wizualnie to absolutnie mój ideał. Tylko wina zabrakło ;)

A potem przyszedł czas na zupę :)

Rosół pomarańczowo – imbirowy z makaronem soba (inspiracją był przepis Domowego Kucharza z kuchni.tv)

superancki - minimalistyczny
sok wyciśnięty z pomarańczy
starte kłącze imbiru
sos sojowy
ugotowane mięso kurczaka
makaron soba
szczypiorek
czarny sezam
mleczko kokosowe (baaardzo ewentualnie ;))


Zupa powstała na bazie minimalistycznego. Po odcedzeniu rzeczonego do samego płynu, wcisnęłam sok z pomarańczy. Trzeba uważać, co by nie przeholować, bo to cytrus jest i rosół może zrobić się zbyt kwaśny (słodkie mleczko kokosowe może zniwelować kwaśność – ja go dałam dosłownie ciut, bo byłam na granicy przewagi pomarańczy nad resztą ;)). No dobrze! Sok mamy, to jeszcze przyda się trochę startego kłącza imbiru. W takim płynnym stanie rosół się zagotował i doprawił sosem sojowym, a już obok ujędrniała się soba. Ja tymczasem obrałam kurczę mięso z kości. Do miseczki najpierw wpadły kluchy, za którymi podążył kurak, za kurakiem rosół właściwy, czarny sezam i szczypiorek. A potem już tylko pozostało mi wiosłowanie łyżką w głębinach miski :)





A co na to Lec? ---> "Kogut opiewa nawet ten ranek, w którym idzie na rosół."


* Carlos Ruiz Zafon – „Gra Anioła”
** ale zawsze pływał w tym wszystkim lubczyk


środa, 24 lutego 2010

Rude Wspomnienie

Była leniwa i uparta.
Nie lubiła spacerów i deszczu.
Kałuże były złem, które trzeba było omijać szerokim łukiem.
Lubiła jeść, dużo spać i jeździć samochodem.
I być głaskaną po długim, jamniczym, rudym grzbiecie.
W parku pod ławką zawsze kopała dziury.
Pierwszego dnia, będąc małą szczenięcą kluską, najedzona do syta, usnęła na samym rogu dywanu w dużym pokoju.


4 lata temu miała 12 lat...
...wołaliśmy na nią Saba...




A co na to Lec? ---> "Uważaj, żeby nie chwyciło cię za gardło czyjeś wzruszenie."




Herbjamniczki (przepis pochodzi z gazetki „Ciastka i ciasteczka – 45 przepisów Poradnika Domowego” z przepisem na makagigi, którą Pola kupiła podczas zlotu babulonów.)

20 dag mąki
15 dag miękkiego masła
5 ugotowanych na twardo żółtek jajc
cukier waniliowy/wanilinowy (+ ewentualnie jeszcze jakiś aromat, albo drobno starta skórka z pomarańczy)
2 – 3 łyżki cukru pudru ( w przepisie rzeczony był przeznaczony do posypania ciastek, ale ja wrzuciłam do ciasta – dzięki temu jamnicze ciała były słodsze, ale prawdopodobnie przez to bardzo kruche)

Na początek ucierają się jajca z cukrami, potem doskakuje masło, a na koniec mąka. Potem ręce wyrabiają wszystko na zjednoczenie. Kula ciasta wpada na jakiś czas do chłodnicy, a potem kształtują się ciała jamników. W 150 stopniach dokonuje się tworzenie hot – dogów na lekko złoty kolor. A na koniec można naparzyć czaju i ciastkami osłodzić wspomnienia.

Basia – dziękuję za jamniczą foremkę.

A na koniec powiem jeszcze, że nie lubię tamtej „komedii romantycznej”.

wtorek, 23 lutego 2010

O łagodności słów kilka

Zaczynam się zastanawiać, jak to jest, że los dosyć łaskawie się ze mną ostatnio obchodzi, wręcz głaszcze mnie po głowie ;) Bo oto przede mną końcówka drugiego miesiąca „prawdopodobnie dobrego nowego roku” i ze zdziwieniem oraz lekkim niedowierzaniem jestem zmuszona ;) stwierdzić, iż nie jest wcale tak źle. Drugie postanowienie noworoczne już wykreśliłam na niebiesko i marzę o tym, by jak najszybciej punkt trzeci zamienić na blue. Wtedy odetchnę – na chwilę. A tymczasem słodzę sobie, słodzą mi, przyjmuję prezenty i dostaję miłe słowa. To dziwne, że serdeczność nie jest wprost proporcjonalna do własnego odczucia, że się na nią rzeczywiście zasługuje. Od stycznia spotkało mnie tyle dobra i ciepła, iż mam wrażenie, że to chyba jest sen :) Jest słodko...



Przyjemność pod znakiem kota, czyli łyk aromatycznej czekolady

kubek mleka
tabliczka gorzkiej czekolady
łyżeczka garam masali
2 łyżeczki cukru – najlepiej brązowego

Kiedy wykipiał kubek mleka, wtedy dostała mu się cała tabliczka gorzkiej czekolady, która uprzednio rozpłynęła się podniecana zachwytami pary wodnej. Ogień nadal płonął, tymczasem atmosfera zrobiła się jeszcze bardziej aromatyczna, kiedy pojawiła się cała łyżeczka garam masali i 2 łyżeczki cukru. Gęsta, słodka i korzennie pachnąca czekolada na gorąco radowała podniebiennie. Ale cały kubek tego dobra, to za dużo szczęścia, jak na jeden raz ;)



Wczoraj odebrałam na poczcie paczkę od Betsi i Princess. Czekolada, przyprawy, makarony. Aż będzie mi żal to wszystko rozpakować i zjeść ;) Dziękuję! :)))


A co na to Lec? ---> "Nie traćcie głowy! Życie chce was po niej pogłaskać."




Czy na spóźnienie da się przymknąć oko? ;)

sobota, 20 lutego 2010

Słodka maskarada...

...czyli maszkarony* z Mistrzunią – lekcja druga.


Z radością donoszę, iż mieć marzenia to fajna rzecz! Zwłaszcza, jeśli mają one szansę spełnienia. Marzyła mi się marsala? A i owszem! No i proszę – długo czekać nie musiałam.


Ale zanim ona – najpierw puszczałam oczko do Felicji odnośnie maszkaronów. Mistrzunia jeszcze nie wiedziała, że to, co pisze oczko - nie zawsze trzeba brać na serio (teraz już wie – bo ją Lipka oświeciła podczas „maskarady” ;)) A skoro nie wiedziała, to łyknęła haczyk jak rybka w stawie ;) Tym samym od słowa do słowa – wypłynęła na powierzchnię sprawa pieczenia makaronów – kolejnych i nawet nie ostatnich** :)
Tymczasem wracam pamięcią do pierwszych z pierwszych. Makaroniki od Pierra Herme, przywiezione przez Lipkową Mamę prosto z Paryża. Były fantastycznie, a to, że podczas podróży deczko się pogniotły, to był naprawdę nieistotny szczegół. Popijane beaujolais nouveau, wesoło nastroiły Lipkę, Esa i mnie tego warszawskiego, chłodnego, listopadowego wieczorka.
Natomiast na zlot babulonów Felicja poczęstowała nas swoimi cytrynkami podczas porannego witania Truskawki.


A następnego, francuskiego dnia – przeprowadziła z nami warsztaty z maskarady.


W czwartek natomiast przyszła pora na lekcję drugą. Pod okiem Mistrzuni – oczko, Lipka i Ptasia, zmierzyłyśmy się ponownie z kawowymi makaronami, tym razem bardziej im słodząc niż to miało miejsce ostatnio. One chyba są łase na komplementy, bo tym razem grzecznie wyrosły. Już nie przypominały beretów ;) Ale, ale! Napomknęłam o spełnianiu marzeń, więc tutaj rozwinę, iż Mistrzunia jest w tym niezrównana! Nie dość, że popełniła krem zabaglione z marsalą do nadziania maszkaronów, to jeszcze przytachała ze sobą butlę rzeczonej :)


Wobec powyższego, nie dość, że zasłodziłyśmy się makaronikami z marsalą, to jeszcze marsala pojawiła się w głębi kieliszków. Mistrzuniu, składam hołdy dziękczynne. Czytaj nadal moje przymrużone oko na poważnie – dla mnie wychodzi to tylko na plus – a skoro na dodatek jeszcze słodko, to już w ogóle cud, miód malina :) Niecierpliwie czekam na kolejną Maskaradę*** :)




A co na to Lec? ---> "Czy surrealizm przestaje nim być, jeśli jest urzeczywistniony?"




Makaroniki Mistrzuni Felicji (tekst skopiowany bezczelnie od Lipki)

Zasada Felicji: 70 g białek - 170 g cukru pudru - 100 g migdałów

70 g białek, wysuszonych przez 3-5 dni na blacie, ubić na średnio sztywno i dodać
35 g cukru pudru i ubić na max
barwnik w proszku wmieszać, a następnie
135 g cukru pudru, zmiksować ze 100 g migdałów blanszowanych (lub płatków migdałowych) najpierw w mikserze, potem w młynku do kawy, by uzyskać bardzo drobne zmielenie. Wmieszać tant-pour-tant bardzo krótko.
(plus 2 łyżki rozpuszczalnej kawy w tych tutaj wyżej)

Przełożyć do rękawa cukierniczego, wycisnąć równe krążki na blachę wyłożoną pergaminem (lepiej matą teflonową, gdyż z niej wygodniej się odklejają makaroniki po upieczeniu). Blachą należy delikatnie, ale stanowczo uderzyć o miękką powierzchnię, najlepsze jest do tego łóżko lub tapczan, by masa równomiernie się rozłożyła, a ewentualne czubeczki pochowały. Ciasteczka można posypać czymś (np. sproszkowanymi owocami, drobno zmielonymi, lub drobno zmieloną kawą). Potem odkładamy blachy na ok. 30 minut, by makaroniki podeschły i utworzyła się na nich cienka skorupka (będzie można bez przyklejenia dotknąć je delikatnie palcem). Piekłyśmy w 140 stopniach przez ok. 12-15 minut. Czas pieczenia w każdym piekarniku może być różny. Makaroniki nie powinny się zbrązowić!


Krem z marsalą (za Felicją)

4 żółtka
syrop 120 stopni C z około 80-100g cukru i 2 łyżek wody
kostka masła
1/4 szklanki marsali (może trochę za dużo, jakby dać mniej to krem byłby gęściejszy, ale z kolei jak poleżał w lodówce to konsystencja była świetna)

Wlałam syrop do żółtek cały czas miksując, aż powstała taka pianka.
Kostkę miękkiego masła zmiksowałam i potem cały czas miksując krem, dodawałam po łyżce tego masła. Na koniec po trochu marsalę, też cały czas mieszając



* maszkaronowe nazewnictwo zapoczątkowała Truskawka, kokietując okrutnie, że tamte niby takie nieudane i w ogóle... ;)
**, *** bo w planach są kolejne :) ---> wszak nie tylko ja jestem chętna na kolejne piekielne makaronizmy :)

WSKM: Warszawsko – Szczęściarski Klub Maszkaronowy



środa, 17 lutego 2010

Bełkoty w Dniu Kota

SMS do Koraminy, zwanej dalej Tukanej, czyli Kasią ;) ---> "Powszechny pogląd głoszący jakoby koty są idealnie statycznymi fotomodelami – w przypadku tych futer – nie ma racji bytu."


No tak! Całkiem niedawno chyba Lipce mówiłam (mając między innymi na myśli jej Briczkę), że kotom całkiem łatwo się robi zdjęcia. Większość dnia przesypiają, tym samym nie pałętają się pod nogami, jak to bywa w przypadku psów. Idąc zatem dalej tym tokiem – łatwo ustawić ostrość, nie trzeba za nimi latać, nie podskakują do obiektywu. Tiaaaa, takie zdanie miałam do dzisiaj, kiedy to napadła mnie chęć obfocenia moich* czasowo podopiecznych - futer Tukana. I co? Kotom tak żywotnym zdjęcia robi się... co najmniej trudno. Co chwilę są w całkiem innym miejscu, niż były sekundę wcześniej. Hmm, kierujesz szklane oko na Lyrę, a czarny Onyks właśnie niepostrzeżenie włazi cichaczem na biurko i już, ni z tego ni z owego, jego nos jest nagle przed obiektywem. Jedynie Gizmo – Ryś Filozof**, dzięki temu, że przez dłuższy czas głównie oddaje się myśleniu – znacznie rzadziej niż rodzeństwo - zmienia miejsca posiadówy.


SMS od Tukana ---> "Bo moje futra są inne." I wszystko jasne ;) Wszystkiego zakoconego w Dniu Kota ;)
A propos - jak już będę miała kiedyś tego wymarzonego kota – nazwę go Bełkot! ;]


A co na to Lec? ---> "Dlaczego piszę te krótkie fraszki? Bo słów mi brak."



* na kilka dni zostałam kocią nianią :)
** Ryś - ze względu na uszy, Filozof – bo jest najspokojniejszy z całej mocno żywotnej i towarzyskiej trójki, właściwie głównie o czymś duma, czasem przetykając to spoglądaniem w okno ;)

sobota, 13 lutego 2010

Obiad na kolację, czyli oczko jedzie do Magdalenki (WS)*

Podobno śniadanie powinno jadać się na podobieństwo stołu króla, obiadać jak bogacz (tudzież szlachcic), a kolację uszczuplić do porcji biedaka (lub żebraka). Hmm, a gdyby tak nie trzymać się sztywno kanonu i zrobić mały wyjątek? ;) Dostałam propozycję - w ulubionej cenie** - od Kasi z 121pr.pl, którą grzechem byłoby odrzucić. Tym samym w środę kolację jadłam po królewsku.
Baaardzo późnym popołudniem w towarzystwie Kasi pojechałam do Magdalenki*** do Akademii SetPoint. Jest to centrum szkoleniowe, w którym można skonsultować się z dietetykiem, skorzystać z sali gimnastycznej z ogromnym lustrem (dobre na fitness :)) a latem w obszernym ogrodzie urządzić grillowanie lub (tutaj z Kasią byłyśmy zgodne) odbyć małą sesję jogi. To lato, przez wzgląd na wszechobecny śnieg – rzecz jasna, musiałam sobie wyobrazić, tym niemniej obietnica, jaką podsuwały mi obrazy w głowie sprawiły, że chętnie na taką ogrodową jogę pośród zieleni chętnie bym się pisała. Ale tym razem nie o jogę chodziło, nie o grillowanie na świeżym powietrzu, tudzież fitness. Naszym celem był – tadam! - warsztat gotowania. Jaka jest w tym misja Akademii? ---> czytam: "Chcemy zapracowanych Polaków uczyć gotowania i zdrowego stylu życia."**** Przy jednoczesnym pokazaniu, że przy rzeczonym gotowaniu można się świetnie bawić. Ja to oczywiście doskonale wiem, zwłaszcza, że jeszcze całkiem niedawno miałyśmy z dziewczynami smaczny kilkudniowy zlocik blogowy u Tilii, niemniej jednak mogłam zaobserwować jak takie wspólne gotowanie wygląda w grupie całkiem obcych ludzi.
Nasz środowy warsztat odbył się pod hasłem „Gotowanie z winem”. Na początek przy kieliszku musującego wina zaczerpnęliśmy łyk wiedzy o winach. Wykładzik prowadził pan Marcin Pabich reprezentant - zaprzyjaźnionego z Akademią partnera - dobrewina.pl
Później przeszliśmy do kuchni, gdzie odbyła się główna część warsztatów. Muszę przyznać, że całe pomieszczenie zrobiło wrażenie – nie tylko pod względem przestronności, ale też nowoczesnego wyposażenia. Tutaj przywitał, rozdał fartuszki i czapki szefów kuchni nasz Kucharz – pan Jacek
Rozdzieliliśmy się na 3 grupy i rozpoczęliśmy gotowanie. Każdej grupie przypadły po 2 dania do przygotowania. Każdy czymś się zajął i zaczęła się zabawa. Podobało mi się to, że w trakcie wszyscy się już rozluźnili i powstała naprawdę przyjemna, sprzyjająca gotowaniu atmosfera, którą przyprawiał swoją obecnością nasz Kucharz ;) W międzyczasie sączyliśmy różowe wino z nutą truskawki (wszak miało być to gotowanie z winem! ;)) Szef Jacek panował nad wszystkim i zadawał nam tylko co jakiś czas pytania, jak wygląda postęp prac. A w razie kłopotów szedł na ratunek – jak to było w przypadku chimerycznego mascarpone do tiramisu.
A później zasiedliśmy do uczty! Wszak to, co upichciliśmy, wjechało później na stół.
Każdej pozycji z naszego menu było dedykowane inne wino, które wybrał dla nas pan Marcin Pabich z dobrewina.pl (który, a jakże! - też z nami gotował :))
Ucztę rozpoczęliśmy od marynowanego łososia z musztardowym sosem. Powiedziałabym, że to rodzaj peruwiańskiego ceviche. Podobnież, jak w przypadku wspomnianego, powstała kwaśna marynata z: octu, wody, soli, cukru, pieprzu, cytryny i koperku, która spowodowała, że białko łososia się ścięło. Smakowało fantastycznie. Wiem, wiem! – zważywszy na moją miłość do smaku łososia jestem wobec tego ustosunkowana do dania absolutnie subiektywnie. Ale! obiektywnie mówiąc – warto zjeść to chociaż raz. Serio, serio! ;) My to popijaliśmy białym, włoskim winem Luneta Fiano. Po rybce przyszedł czas na sałatkę z indykiem i truskawkowym dressingiem z octem balsamicznym (tym zajęła się Kasia), do której w kieliszki wlało się różowe Reinares. Po przystawkach przyszła pora na dania główne: szpinakowe gnocchi z serowym, pleśniowym sosem w towarzystwie beczkowego Chardonnay Finca Flichman Reserva i zrazów z wołowego rostbefu nadziewanych pastą pieczarkową, popijanych czerwonym La Chapelle d’Escurac Medoc. Po części słonej nadszedł czas na desery. Słodycze to cudowna rzecz – lubię mawiać, że aby trzymać dobrą, zgrabną figurę warto zjeść codziennie coś słodkiego ;) A w środę było baardzo słodko. Spodobał mi się mariaż: tiramisu w pucharkach plus słodka sycylijska Marsala w kieliszkach. Bezwstydnie przyznam, że zostałam jej fanką. I już snuję plan zaopatrzenia się w pełną butelkę rzeczonej :) Cudowny słodki smak z lekkim aromatem czekoladowo – piernikowo - śliwkowym (to moje odczucie, ktoś pewnie doszuka się tam jeszcze czegoś innego). No i w życiu bym nie powiedziała , patrząc na jej z lekka czekoladową barwę, że jest to wino białe. Na zakończenie wjechała moja owocowa tarta z budyniowym kremem. Miałam stracha przy wlewaniu gorącego mleka do kogla – mogla. Całe szczęście – Nasz Kucharz czuwał, jajka się nie ścięły, a krem wyszedł pycha. Moje jedyne zastrzeżenie – ten krem chyba polubiłby całonocną randkę z chłodnicą. Wtedy zapewne zrobiły się bardziej zwarty. My na to nie mieliśmy czasu. Mieliśmy za to w kieliszku - tym razem - białe, węgierskie Debroi Harslevelu.

Kolacja zakończyła się dość późno, dostałam dyplom (chyba go sobie nawet w ramkę oprawię ;)) i wróciłam do domu z postanowieniem:
Primo: popełnienia !tego! łososia
Secundo: zaopatrzenia się w słodką marsalę.
Było wesoło, przyjemnie i smacznie. Na samo wspomnienie zrobiłam się głodna. Jestem kontenta z tych warsztatów. Akademia SetPoint ma u mnie piątkę z plusem.*****

Szkoda tylko, że z głowy zupełnie wypadło mi zabrać ze sobą moje szklane oko – tym samym nie mam zdjęć tych delicji. Cała nadzieja była w zdjęciach Kasi, które pstrykała fonem. Po selekcji, okazało się, że najlepiej z nich wszystkich prezentuje się łosoś. Ale uprasza się o wybaczenie za jakość – fon to jednak nie to samo co aparat.


Na pocieszenie – proszę bardzo: oczko w czapce kucharza i dyplom – oba łupy z warsztatów ;)



A co na to Lec? ---> "Również człowiek dzieli się na sfery wpływów rozmaitych osób."



* wpis z marką i z moją rekomendacją, zanim opisałam - najpierw sama sprawdziłam

** czyli za darmo :)

***, ***** Magdalenka ---> miejscowość pod Warszawą (dokładny adres: Akademia SetPoint, ul. Słoneczna 309, Magdalenka)

**** odpłatnie, ale!: za przyjemności, płaci się przyjemniej - to raz. Dwa: każdy z czegoś żyć musi, czyż nie? ;)

środa, 10 lutego 2010

Oko, Koko i kokosowe kakao

Chyba trochę mnie nie było, bo Duża Siostra zaniepokojona ciszą wysłała mi esa, czy aby na pewno jeszcze żyję. Jak widać – oddycham ;) Podsumowanie minionego roku nie wypadło zbyt pomyślnie. Za to nowy rok jak na razie spisuje się w swojej roli całkiem nieźle. Zostałam kierowniczką, poznałam naocznie na zlocie kilka babulonków, przeprowadziłam się z Orzechówki do Nowalijki. A w międzyczasie... zaskoczył mnie mężczyzna piekąc dla mnie ciasto! Przekładaniec orzechowo – kremowy. Tego się absolutnie nie spodziewałam. Sam! A na dodatek wyraził chęć pobrania kuchennej nauki. Gotowaliśmy więc rosół, potem pomidorówkę, pieczarkową, później potrawkę z kurczaka (którą zjedliśmy... z frytkami ;)), potem smażyliśmy leśniczki ze Stołu Poli i piekliśmy seksowne, czyli boskie brownies, zwane między nami niewyszukanie ciastem czekoladowym, tudzież "tym dobrym". Mężczyzna uprzednio zaopatrzył się w kajecik i wszystkie przepisy skrzętnie notował. Byłam bardzo kontenta. A porzucając nauczycielską posadę kuchenną, zostałam uczennicą jazdy na łyżwach. I nawet popełniłam postępy: z ignorantki na trzymającą się pionowo na łyżwach i nawet jeżdżącą przed siebie po tafli. Całkiem nieźle. Koniec stycznia i początek lutego był całkiem sympatyczny. Wróciłam do wspomnień i nawet trochę mnie to ucieszyło. Nie! Kłamię – ucieszyło mnie to bardzo. Tchnęło nadzieją, że może przyszłość nie rysuje się tak chimerycznie, jak mi się zdawało? Poddaję się losowi i dniom, które wciąż przede mną – z nadzieją i błyskiem w oku. Chyba zobaczyłam wiosnę w środku zimy. Lód stopniał w swej sile, ale kra nie opuszcza. Karmię się minionymi chwilami – z uśmiechem. Wciąż i jeszcze.


A potem biorę w rękę kubek gorącego kokosowego kakao, rzucam okiem na Koko w kratkę, Diana Krall śpiewa: "bye bye, blackbird", a ja... Ja – widzę, słyszę, czuję – oddycham. Jest dobrze.


Oko i Koko, czyli kokosowe kakao :)

To taka kropka do postawienia po zlocie. Wiem, wiem – spóźniłam się, miałam w sobotę wypić, ale widziałam*, że Pola też swoje "kakałko"** wypiła później, to czuję się usprawiedliwiona ;)

Dla ścisłości – przepis jest autorstwa Marty Gessler , a ukazał się w Wysokich Obcasach (sobotni dodatek do Wybiórczej) 23.01.2010 r. Rzeczony jest tutaj, a oczko zrobiło tak:
Na początek do garnuszka wlało 165 ml mleczka kokosowego i uzupełniło wodą na tyle, aby wyszło z tego 2 porcje, czyli plus jakieś jeszcze 80 ml – było na oko, więc nie ręczę, że dobrze mi to oko obliczyło. Mleko z wodą bulgotało na gazie, aż się zagotowało w sobie, tymczasem w kubku wymieszała się niepełna łyżeczka kakao z 2 łyżeczkami cukru. I do tej mieszanki wlało się ciut zagotowanego, zamieszało na zjednoczenie, co by tylko grudek nie było i chlust na powrót do garnuszka, do reszty towarzystwa. A potem do kubka. I już! :)



A co na to Lec? ---> "Na czyj koszt żyją ludzie w cudzych wspomnieniach?"


* a fe, oczku! aleś skarżypyta ;))
** tak, tak! To dla Ciebie Polciu – wiem jak bardzo lubisz zwrot "kakałko" ;)PP
*** skorupki są po śniadaniowych jajach idealnych - na miękko, jeszcze u Lipki.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...