piątek, 31 grudnia 2010

Odrobina słodyczy z miśkami

Otworzyłam dokument w wordzie, który nosi kryptonim „2010”. Stworzyłam go rok temu. Zawiera ekhm... „strategię życia w nowej sytuacji”, a w tym - postanowienia noworoczne. Na osiem postanowień udało mi się zrealizować 5 i to z dobrym skutkiem na przyszłość. Wprawdzie nie upiekłam torta, nie zrobiłam sushi i wciąż nie przeczytałam „Archipelagu Gułag”, ale w zamian mijający rok obfitował w wydarzenia znacznie większej wagi. Przede wszystkim każdy nowy dzień wygląda ładnie, przynosi dawkę szczęścia i uśmiechu. To bardzo przyjemne uczucie, kiedy można się do Kogoś przytulić, kiedy jest się dla Kogoś Skarbem. Budujące jest też to, że z upływem czasu i opadania emocji dla kogoś innego wygląda się zupełnie inaczej. To ulga, kiedy człowieka można w innych oczach zrehabilitować, zobaczyć cechy, których wcześniej się nie chciało, bądź nie umiało dostrzegać. Ludzie uczą się całe życie, zmieniają się, dojrzewają – to bardzo ważne mieć tego świadomość. Żaden człowiek nie powinien być lustrem drugiego człowieka, ani jego własnością. Dlatego właśnie to był dobry rok – czas innego spojrzenia na życie, na ludzi, na siebie. Czas, który przyniósł Szczęście, równowagę, pewność i ufność patrzenia w przyszłość. To był słodki rok skutecznie przysłaniający cień goryczy czasu przeszłego. Nowy też taki będzie, takie mam przeświadczenie :)

Słodkiego Nowego Roku! :)





Miśki Budyniowe na Słodki Nowy Rok (za Karotkową, ja na zielono)

220 g mąki pszennej
120 g miękkiego masła
100 g cukru, ew. trochę mniej (dałam ok. 50-70 g cukru pudru)
1 opakowanie budyniu waniliowego bez cukru
2 żółtka (dałam jedno całe jajko)
2 łyżki mleka
dodałam jeszcze kilka szczypt kakao (a ja nie)

Wszystkie składniki wymieszać i zagnieść ciasto. Formować ciasteczka, piec w 180 stopniach koło 12 minut. Koniecznie spróbować na ciepło!

To były najprostsze i najszybsze ciastka. Przepis rewelacja! Karotkowa, dziękuję :)



A co na to Lec?--->"Że patrzę na wszystko jak na operetkę? Bo pragnę happy endu"

i jeszcze:

"Tragedia, dramat, komedia czy farsa to jedno i to samo zdarzenie widziane twarzą w twarz, z boku, z tyłu, z bliska czy z daleka. Albo przez innych ludzi."




poniedziałek, 20 grudnia 2010

Pierny szlachetny

Przyznaję się bez bicia – uruchomiłam taśmę produkcyjną drobnych cwaniaczków, ale pośród nich nie znalazły się jeszcze, o zgrozo! – pierniczki. Tak, tak zupełnie nie wiem jak to jest możliwe, skoro zewsząd pojawiają się serca, wytrzeszcze ;), tudzież małysze.
Tymczasem postanowiłam się niejako zrehabilitować w wersji nierozdrobnionej. Primo dlatego, że piernik, to ulubione ciasto Pana R. i któregoś dnia wyraził chęć na konsumpcję rzeczonego, secundo, obok szlachetnego przepisu Polci nie mogłam przejść bez większego zainteresowania. Tym samym w sobotę rano uwolniłam z chłodnicy Młodzieńca i go nakarmiłam, a pod wieczór opróżniłam cały słoik miodu gryczanego, który dostaliśmy od Princess i około godziny 20 z piekła wyszło te tutaj niżej ciało.




SZLACHETNY PIERNIK NA ZAKWASIE
(za Polcią, ja na zielono)

100g migdałów (pomięłam)
100g orzechów włoskich (pominęłam)
500g miodu (użyłam akacjowego) (użyłam gryczanego)
2 łyżki domowej przyprawy korzennej
3 duże jajka
150g aktywnego zakwasu żytniego gęstego
500g mąki jasnej żytniej* (u mnie: 200 g razowej 720, 200 g pszennej 450 i 100 g żytniej 2000)
200g kandyzowanej skórki pomarańczowej (pominęłam)
skórka otarta z 2 cytryn (pominęłam)
skórka otarta z 2 pomarańczy (pominęłam)
2 bardzo płaskie łyżeczki sody spożywczej
mały kieliszek spirytusu (lub wódki) (dałam żurawinówkę)
dodatkowo: spora garść dobrych suszonych śliwek, rodzynki i suszona żurawina
Orzechy i migdały prażymy w piekarniku, studzimy i siekamy. (pominęłam)
W szerokim rondlu podgrzewamy miód, dodajemy przyprawę korzenną i całość gotujemy na małym ogniu przez 10 minut. Następnie zestawiamy z palnika i studzimy przez 20 minut.
Do ostudzonego miodu dodajemy jajka i ubijamy mikserem przez 2-3 minuty.
Następnie do masy dodajemy zakwas, mąkę, spirytus (lub wódkę) (żurawinówkę), skórkę otartą z cytrusów, skórkę kandyzowaną, orzechy, migdały i sodę.
Mieszamy dokładnie - ciasto ma być raczej gęste, więc odradzam mikser elektryczny o małej mocy.
Dobrze wymieszane ciasto przekładamy do podłużnej blaszki (moja miała wymiary spód - długość 22 32 cm, szerokość 8 14cm, góra - długość 24 30 cm, szerokość 10 12cm, głębokość - 7 7cm).
Piekarnik nagrzewamy do 170C i pieczemy piernik około półtorej godziny lub do suchego patyczka (u mnie piekł się ciut dłużej, ale mamy w mieszkaniu bardzo kiepski piekarnik). A u mnie 1 godz 15 min
Po upieczeniu studzimy chwilę w blaszce, a później na kratce do studzenia pieczywa.


* jeśli nie mamy mąki żytniej jasnej, możemy wymieszać przesianą mąkę żytnią razową z mąką pszenną lub białą orkiszową

sobota, 18 grudnia 2010

Dziwna korelacja czasu i linii produkcyjnej

Małgoś miała rację, twierdząc, że im mniej czasu, tym więcej ciasteczek”. Co nie zmienia faktu, że owa zależność jest dość... dziwna, choć jednak możliwa. Bo jak się okazuje, wcześniejsze przeświadczenie, że drobne cwaniaczki to dużo roboty wcale nie musi być prawdą. Tym samym odnoszę wrażenie, że moja domowa linia produkcyjna ciasteczek ma się dobrze i wcale nie zwalnia tempa ;)

Znienacka oświeciło mnie, że kto jak kto – ale Karotkowa piecze naprawdę dużo ciasteczek. Przejrzałam archiwum pod kątem Drobnych i wyszła z tego niezła lista wydrukowanych przepisów. Na pierwszy piekielny ogień poszły szwedzkie kokosowe.




Szwedzkie kokosowe (za Karotkową)

1,5 szkl. mąki
0,5 szkl. cukru
pół kostki masła
pół szkl. wiórków kokosowych (wrzuciłam całe opakowanie 100 g)
pół łyżeczki proszku do pieczenia
pół łyżeczki sody
1 cukier waniliowy (zapomniałam kupić, więc nie dodałam)
1 jajko

Wszystkie składniki zagnieć na ciasto. Ulep z ciasta gruby wałek. (ja dodałam jeszcze jajko, bo ciasto było trochę suche) Połóż na talerz i wstaw do lodówki na pół godziny (siedziało godzinę) Ciasto pokroić na ok 0,5 cm plasterki. Ułożyć krążki na wysmarowanej tłuszczem blasze. Piec ok 15 min w 180 stopniach.
Myślałam najpierw, że wyjdą za suche, ale wyszły naprawdę bardzo dobre – lekko podpieczone wiórki kokosowe nadały naprawdę niezły smak.





Następnego dnia z Panem R. byliśmy w sklepie na zakupach. Kiedy przechodziliśmy przez dział ze słodyczami, jego wzrok padł na ciastka owsiane. Wyraził zachwyt nad ich smakiem, tym samym po powrocie przejrzałam wydrukowane przepisy i wybór padł na gospodarny.
Wyszły rewelacyjne.




Ciastka owsiane (za Gospodarną)

70g masła
145g brązowego cukru muscavado (jasny lub ciemny) (dałam ok. 50 g cukru pudru)
32g jajek (1 małe)
3,5g ekstraktu z wanilii (1 łyżeczka) (dałam zeskrobaną laskę wanilii)
100g mąki pszennej chlebowej (była zwykła pszenna)
3,5g proszku do pieczenia
1-2 g sody oczyszczonej
1g soli
85g płatków owsianych górskich
72-73g rodzynek (dodatkowo dałam: żurawinę, otręby pszenno – żytnie, zarodki pszenne, płatki migdałowe i sezam)
i jeszcze jajko, żeby masa była bardziej kleista


Masło ucieramy z cukrem, aż masa będzie jednolita, nie za długo. Powoli dodajemy jajko roztrzepane z wanilią. W misce łączymy suche składniki, oprócz rodzynek. Mieszamy niedbale z masą maślaną. wsypujemy rodzynki, dokładnie mieszamy. teraz ciasto wykładamy na pergamin i toczymy z niego wałek średnicy takiej jakie chcemy mieć ciastka, wiedząc że się trochę powiększą. Zawijamy, rolujemy i wkładamy do lodówki lub zamrażarki, aby ciasto stężało. Zimne ciasto kroimy cienkim nożem lub tasakiem na krążki grubości 1-1,5 cm. Staramy się nie spłaszczać walca.
(ja od razu toczyłam kulki, wykładałam na blaszkę wyłożoną folią aluminiową i spłaszczałam)
Układamy na blasze wyłożonej papierem. Pieczemy w temp. 160-170 z termoobiegiem przez 12-15 minut. Studzimy na kratce. Przechowujemy w szczelnym pudełku. (Nie zdążyłam... zniknęły następnego dnia :))





A co na to Lec?---> „Z żaru powstaje popiół lub dzieło.”


niedziela, 12 grudnia 2010

Drobne Cwaniaczki wychodzą z piekła

Czy kojarzycie, co było przykrywką przy bankowym podkopie w filmie W. Allena – „Drobne cwaniaczki”? Okazało się tam, że o wiele skuteczniejszym sposobem zarobienia fortuny niekoniecznie musi być kilof tudzież dynamit. Czasami wystarczy zwykły piekarnik.

Wprawdzie nie planuję podkopu do banku, bo chwilowo zadowala mnie podwyżka w pracy, jednakowoż mam ostatnio fazę na ciastka – namiętnie wyszukuję na Waszych blogach przepisów. Potem drukuję je i zakasuję rękawy, do ręki biorę wałek, a potem formuję kształty. I wychodzą z tego całkiem niezłe „drobne cwaniaczki” :)


Szafranowe gwiazdki to był pierwszy uskuteczniony przepis. Ciasto wyszło rewelacyjnie elastyczne, cudownie się wałkowało i wykrajało. Jedynym odstępstwem była u mnie temperatura i czas pieczenia – obecne piekło jest dość chimeryczne i samo nam dyktuje, jak bardzo chce nas obdarzyć ciepłem. W rezultacie temperatura skacze jak dziewczynka na skakance. A my... no cóż... musimy się dostosować. Ale już niedługo, bo czas działania starego piekła jest już policzony :)



Szafranowe gwiazdki - wg Notme

150g mąki,
80g masła w temp. pokojowej,
40g cukru, (u mnie pół na pół z brązowym)
3 łyżki mleka,
żółtko,
30mg szafranu

Gotujemy mleko i rozpuszczamy w nim szafran. Odstawiamy do ostygnięcia. Masło ugniatamy (ręcznie lub maszynką) z cukrem i żółtkiem. Na koniec dolewamy ostygnięte mleko z szafranem i wsypujemy mąkę. Dobrze wyrabiamy i odstawiamy do lodówki na 30min. Po 30min rozwałkowujemy cienko i wycinamy ciasteczka o dowolny kształcie. Ciasteczka wykładamy na papier do pieczenia (pergamin). Pieczemy we wcześniej nagrzanym piekarniku 160 stopni przez 20min.



Po udanych gwiazdach zabrałam się za czekoladowe bruzdy od Żabci. Jedynym odstępstwem był alkohol – zamiast kirshu, była żurawinówka. Wprawdzie ciastka ostatecznie nie wyglądały tak , jak u Kumy (myślę, że to przez piekło i za małą ilość cukru pudru przy obtaczaniu), ale smakowały... jak trufelki :)



Śniegiem oprószone chocolate crinkles (przepis ze strony Joy of Baking)wg Kumy Moniki

56 g masła
225 g gorzkiej czekolady
100 g cukru
2 jajka
195 g mąki
cukier puder do obtoczenia
+ (opcjonalnie) 1-2 łyżki kirschu (lub innego alkoholu) (u mnie żurawinówka)

Czekoladę z masłem rozpuszczam w kąpieli wodnej, białka ubijam na sztywną pianę, dodaję żółtka, masę czekoladową, kirsch, mieszam dokładnie. Dodaję mąkę, zagniatam łyżką zwarte ciasto, które odstawiam na co najmniej kilka godzin (najlepiej na noc) do lodówki. Po schłodzeniu formuję z twardej masy kulki wielkości orzecha włoskiego, obtaczam w cukrze pudrze, piekę ok. 8 min. w 170'C. Masa do pieczenia musi być jak najtwardsza i jak najzimniejsza - wtedy ciasteczka się rozpłyną a ładnie popękają.



Tak się rozochociłam z pieczeniem, że następnego ranka (a była to niedziela) przystąpiłam do produkcji kolejnych ciastek. Tym razem miałam pomocnika w osobie Lili. Ciasto było z przepisu szafranowego Notme, ale tym razem bez mleka (bo się wcześniej skończyło) i szafranu (tutaj z podmianą na przyprawę piernikową). Bez mleka ciasto wyszło nieco suche i mniej elastyczne, gorzej się wałkowało i upieczone łatwo się łamało. Za to wycinanie sfory jamników i dużej ilości serc i imienne stemplowanie było fajną zabawą. Niestety – nie zdążyłam ich obfotografować.

Za to tego samego dnia – tym razem z pięciolatką – Igą i jej mamą, robiłam kolejne ciastka. Najpierw na blacie, a potem w piekle założyłyśmy hodowlę królików i pokaźne stado żyraf. Wszystko na koniec poszło do ozdoby, ku wielkiej radości Igi. Swoją drogą, to prawie jakby ciastka Igi, bo to ona głównie zajmowała się wałkowaniem i wykrawaniem. Ola i ja byłyśmy jakby to powiedzieć, ekhm... podkuchennymi ;) Przepisu nie podam, bo było z mieszanki, a ja nawet nie pamiętam proporcji ingrediencji, które dodawałyśmy do rzeczonej. Mogę Wam tylko pokazać jak wyglądały gotowe, wypindrzone już owe drobne cwaniaczki. Jakość zdjęcia średnia, bo robione telefonem. Sorencjo.


Następne ciastka – waniliowe serca, to prezent urodzinowy dla Lili. Oprócz serc były jeszcze jamniki, a wszystkie zostały podstemplowane „Lili” i zapakowane do słoika. Zdjęcie tamtego słoika też nie zdążyłam zrobić, a ściślej mówiąc... zapomniałam. Ostały mi się tylko te 4 serca – już bez stempelków.



Przepis jest ten sam, co szafranowych Notme. Odstępstwa: zamiast szafranu, były zeskrobane do mleka 2 laski wanilii (dostałam bukiet lasek na urodziny od Lipki :) ) i o połowę mniej cukru. Ciastka wyszły dobre, z wyczuwalnym aromatem wanilii i nie za słodkie. Kruche i w sam raz :)



A wczoraj upiekło mi się z razowymi Konsti. Lubię jej przepisy, bo są niezawodne. Pamiętam pyszną focaccię z pomidorami i rozmarynem albo brutti ma buoni :)



Na razowe pomarańczki czaiłam się prawie rok, aż w piątek przypadkowo sobie o nich przypomniałam. Tym samym sobotnia lista zakupów została dostosowana dla potrzeb drobnych cwaniaczków. Dżem i kandyzowana skórka wydała mi się dostatecznie słodka, aby ograniczyć ilość cukru – dałam tylko 2 łyżki cukru pudru. Ciastka wyszły bardzo dobre, a poza tym przez mąkę wydają się takie... niewinnie zdrowe ;) Zupełnie jak nie słodycze ;) I rzeczywiście są twardsze – można śmiało je moczyć w kawie albo czaju :)


Razowe ciasteczka pomarańczowe wg. Konsti


350 g pszennej mąki razowej (u mnie razowa typ 720)
50 g otrąb (były pszenne)
100 g kandyzowanej skórki pomarańczowej (najlepiej bardzo drobno posiekanej)
2 łyżki dżemu pomarańczowego
180 g masła
100 g cukru (u mnie tylko 2 łyżki cukru pudru)
2 jajka (+ jedno białko - bo mi zostało, po robieniu klopsów)
1 łyżeczka proszku do pieczenia
aromat pomarańczowy (połowa buteleczki)

Przepis banalnie prosty: wszystkie składniki połączyć, zagnieść ciasto, wstawić na godzinę do lodówki. Wyjąć, dość cienko rozwałkować, wyciąć dowolnego kształtu ciasteczka. Ułożyć na blasze, wstawić do nagrzanego piekarnika. Piec ok. 12 min. w temp. 180°C.




A to jeszcze nie koniec, bo tyyyyyyle przepisów jeszcze czeka w kolejce ;)


A co na to Lec?---> "Słodkie życie słono kosztuje."



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...