piątek, 30 grudnia 2011

Owsiany zapach zimy: desery

Po uczciwie zjedzonym śniadaniu, można przejść gładko do deseru. Również i tutaj płatki owsiane wdzięcznie grają rolę zdrowej przekąski. Na przykład ciastka owsiane, które są doskonałe dla osób stosujących dietę niskocholesterolową, gdyż nie łączy się w nich razem masło z mąką i cukrem. Ba!, nawet tych dwóch pierwszych składników w ogóle nie używa się do tych ciastek. Za to można szczodrze sypnąć bakaliami. Z jajek natomiast lądują tylko białka, żółtka zaś, czyli tę bardziej podejrzaną dla cholesterolowców część z jaja - można wrzucić do muffinek. Muffinki natomiast zjedzą ci, którzy diety przestrzegać nie muszą. Ale nawet jeżeli nie muszą, to mogą przecież zjeść zdrowy, pachnący cynamonem deser. I proszę - już jest słodko :)

Owsiane słodkości dedykuję Princess, która dzisiaj obchodzi swoje kolejne 18-te urodziny :)



Makaroniki z płatków owsianych (źródło: Ugotuj.to)

20 dag płatków owsianych
10 dag cukru
1/3 szklanki mleka
2 białka
sok i skórka z 1 cytryny (u mnie limonka)
masło do blachy (lub papier do pieczenia)
dodatkowo: suszone śliwki i rodzynki

Namocz płatki w mleku, a potem utrzyj drewnianą łyżką z cukrem, dodając stopniowo skórkę i sok z cytryny. Białka ubij na sztywno i delikatnie połącz z płatkami i bakaliami. Nabieraj łyżeczką porcje masy i układaj je na natłuszczonej blasze (ja na papierze do pieczenia). Piecz na ładny, złoty kolor w temp. 170°C.





Owsiane muffinki z jabłkiem, rodzynkami i cynamonem (źródło: Styl.pl)

po pół szklanki otrąb owsianych, błyskawicznych płatków owsianych oraz rodzynek,
1 szkl. mleka,
1 szkl. mąki,
2 jajka (wrzuciłam tylko żółtka, które zostały mi po produkcji ww. ciastek)
1 jabłko,
1 łyżeczka proszku do pieczenia,
pół łyżeczki sody,
cynamon,
1/3 szkl. cukru pudru (zastąpiłam go cukrem brązowym oraz zredukowałam jego ilość)
1/3 szkl oleju

Otręby, płatki owsiane i rodzynki wsypać do miseczki i zalać bardzo gorącym mlekiem. Odstawić na pół godziny, by zmiękły i napęczniały. W dużej misce wymieszać mąkę, proszek do pieczenia, sodę, cukier puder, łyżeczkę cynamonu i szczyptę soli. Osobno roztrzepać jajka z olejem.
Do suchych składników dodać namoczone płatki z otrębami, jabłko pokrojone w kostkę, wlać jajka z olejem. Wymieszać łyżką do połączenia składników, mogą zostać grudki. Foremki do muffinek wysmarować masłem lub wyłożyć papilotkami, nałożyć porcje ciasta. Piec 20-25 minut w 200°C, aż muffinki z wierzchu się zarumienią.



Desery dodaję do akcji:



środa, 28 grudnia 2011

Owsiany zapach zimy: śniadania

Nie przepadam za owsianką. Właściwie jeszcze kilka lat temu było to danie dla mnie zupełnie niejadalne. Wszelkie zupy mleczne piorunowałam wzrokiem, jak już kasza manna to tylko na słodko. Owsianka doskonale wpisywała się wtedy w ten sam schemat. W łaski wkupiło się praktycznie tylko gorące mleko z kożuchem lub kakao. Płatki owsiane przekonały mnie dopiero całkiem niedawno i nie w takim stopniu, abym jadała je często i z wielkim entuzjazmem. Wprawdzie nadal nie rozumiem miłości Princess do owsianki, ale potrafię już docenić dobroczynne działanie płatków owsianych dla zdrowej diety.

Jak polubić płatki owsiane na śniadanie? To proste - można je uprażyć na patelni i podać z owocami, albo upiec chleb zawierający oprócz siemienia lnianego, ziaren dyni i słonecznika - płatki owsiane i owsiane otręby.




Prażone płatki owsiane z owocami (źródło: Good Food Magazine: Wegetariańskie dania 101 sprawdzonych przepisów, s. 204)

(proporcje dla 4 osób) – moje uwagi pogrubionym tekstem
50 g masła
100 g prażonych płatków owsianych
6 łyżek cukru trzcinowego
4 łyżki wiórków kokosowych (i płatki migdałowe)
2 banany, pokrojone w kawałki
2 obrane i pokrojone na kawałki, dojrzałe mango (zastąpiłam kiwi)
200 g ananasów z puszki
obrane i pokrojone
świeży krem z jajek lub śmietanka do polania (zrezygnowałam)

Płatki:Roztopić 2/3 masła, dodać 2/3 porcji cukru i uprażyć płatki owsiane i wiórki kokosowe (oraz płatki migdałowe) od czasu do czasu mieszając aż do złocistego koloru. Przełożyć do miseczki.

Owoce: wg przepisu z książki: roztopić pozostałe masło, dać owoce oraz pozostałą część cukru; dusić na patelni aż zmiękną i się skarmelizują.
Ja natomiast uprażone płatki wymieszałam ze świeżymi owocami i zjadłam bez dodatku kremu z jajek lub śmietanki. Na upartego można oblać jogurtem naturalnym.







Najlepszy czyli chleb pszenno - żytni wieloziarnisty (za: Basią z Makagigi; pierwowzór to przepis od Natki, która dostała go od swej sąsiadki)


(Jest to rzeczywiście najlepszy chleb na zakwasie z wszystkich, które dotąd piekliśmy, wracamy często do tego przepisu, zmieniamy w nim tylko proporcje ziaren i otrębów lub ich rodzaj. Zwykle zakwas wyciągam z lodówki rano, aby się ogrzał, wieczorem go dokarmiam, rano robię ciasto i piekę po przyjściu z pracy pod wieczór tego samego dnia.)

2 szkl maki żytniej razowej (typ 2000)
1 szkl maki jasnej maki pszennej (szymanowska typ 480)
1/4 szkl pestek dyni
1/4 szkl słonecznika
1/4 szkl siemienia lnianego
1/4 szkl płatków owsianych
1/4 szkl otrąb (daję różnie, w zależności jakie mi wpadną pod rękę, tym razem otręby owsiane)
plaska łyżka soli
1 3/4 szkl letniej wody
3/4 szkl zakwasu na mace zytniej razowej (100% hydracji)

Do misy wsypuję mąkę, dodaje sól, ziarna, otręby, płatki owsiane, mieszam. Dodaję zakwas, wlewam letnią wodę i dokładnie mieszam, tak ze 2 minuty, nie dłużej. Ciasto wkładam do natłuszczonej i wysypanej mąką (otrębami) blaszki (keksówki, 11x30cm), wygładzam wierzch chleba łyżką zanurzaną w wodzie, pozostawiam do wyrośnięcia: ma niemal podwoić objętość (3 godziny, w temp. 24st C.). Piekę w temp. 175 st. C przez 80 minut. Wystudzić całkowicie przed pokrojeniem. 



Śniadania dodaję do akcji:



niedziela, 25 grudnia 2011

Człowiek nie struś: Parowany mintaj z brukselką duszoną w soku pomarańczowym

Zmieniamy nawyki żywieniowe. Mniej mięsa – więcej ryb. Pieczenie, gotowanie i duszenie kosztem smażenia, duuużo więcej warzyw, a zamiast ciastek – owoce i bakalie (no dobrze – ciastka będą, ale jeść je będę głównie ja ;))
Zaczniemy też pić koktajle – jeden taki pyszniasty już przetestowałam (pomarańcza z pietruszką), a będzie jeszcze jagodowy, bananowy, z awokado... – chodzi mi ich trochę po głowie.

Póki co – ryba. Podczas kiedy Wy siedzieliście wczoraj przy suto zastawionym, wigilijnym stole, my zjedliśmy lekką parowaną rybkę z duszoną brukselką. Nie żałuję braku barszczu z uszkami, ani śledzia z cebulką w oleju (chociaż ten z przepisu Kornika zrobię na pewno niedługo po świętach). Chyba tylko napiłabym się kompotu z suszu, a póki co wysiorbałam kawę.



Uwielbiam święta bez świąt – cudowne lenistwo bez przepełnionego brzucha. Nadrabiam zaległości filmowe, obok czeka na skończenie „Solaris” Lema, a ja czasem drapię za uszkiem pewne dwa koty. Tak lubię! „Człowiek nie struś – nie ma tak doskonałego żołądka”.


Wychodzę z założenia, że smaki trzeba testować na kubkach smakowych po wielokroć – wszak człowiek nie jest istotą constans. Dlatego też zrobiłam kolejne podejście do brukselki. Zrobiłam ją z przepisu, który znalazłam u Karoliny ze Zmysłów. Wykorzystałam przy okazji wiedzę o pozbyciu się goryczki z tych małych kapustek, którą nabyłam, kiedy ostatnio próbowałam się z nią polubić (trochę czasu minęło od tamtego momentu). Zatem: ścięłam nóżki dość wysoko, a do do duszenia wlałam, oprócz wody i soku, dodatkowo mleko i sypnęłam troszkę cukru. I chyba się przekonałam, bo z wczorajszego obiadu zostało jej trochę, więc dzisiaj na śniadanie podsmażyłam ją z salami i zjadłam ze smakiem.



Parowany mintaj (przepis własny)

dwa filety z mintaja
sól
pieprz cytrynowy
koperek
wiórki masła
uduszone listki brukselki

Wersje ryby są dwie: jedna dla mnie, druga dla Pana R.
Wersja moja: ułożyłam filet na folii aluminiowej, posoliłam (tylko po wierzchniej stronie), obsypałam pieprzem cytrynowym, wiórkami masła i koperkiem.

Wersja Pana R.: filet posolony tylko po wierzchniej stronie, obłożony uduszonymi listkami brukselki i obsypany koperkiem.

Oba filety zostały zapakowane w saszetkę z folii na której leżały i trafiły do piekarnika na 10 minut w temperaturze 200 stopni.



Brukselka duszona w soku pomarańczowym z orzechami włoskimi (źródło: Karolina, Zmysły w Kuchni)

ok. 700g brukselki, oczyszczonej, każda główka przekrojona na pół (ścięłam mocno ogonki i usnęłam wierzchnie liście)
ok. 30g masła (olej z pestek winogron)
skórka i sok z jednej pomarańczy, można użyć tarki lub dla wizualnego efektu – zestera (tylko sok i miąższ – bez skórki)
garść orzechów włoskich (dodane już po duszeniu)
świeżo zmielony czarny (kolorowy) pieprz
sól, odrobina cukru (ok. pół łyżeczki)
woda i mleko 0,0%

W dużym rondlu rozgrzałam masło (olej z pestek winogron) i wrzuciłam brukselkę, smażyłam przez minutę, mieszając, następnie dodałam sok (oraz mleko i wodę) i skórkę z pomarańczy (bez skórki), posoliłam, dodałam pieprzu i przykryłam. Dusiłam przez ok. 15 minut (trzeba sprawdzać miękkość warzywa, czasem jest już gotowe po 10 minutach) potrząsając rondlem, aby brukselka nie przykleiła się do dna .

Na suchej patelni uprażyłam orzechy (wrzuciłam orzechy na patelnię już bez prażenia wprost na uduszoną brukselkę), a następnie posiekałam je z grubsza. Posypałam nimi uduszoną brukselkę.


piątek, 23 grudnia 2011

Ciastka słoneczka

Nie ulepiłam uszek, których nie podam jutro z nieistniejącym barszczem czerwonym, nie polukrowałam pierników, których nie wyciągnęłam z piekła, nie sparzyłam maku do makowca, który pozostał tylko propozycją w gazecie, nie odliczyłam do dwunastu dań i wreszcie - nie zasiądę do stołu z białym obrusem. W chwili, kiedy święta nie mają dla mnie religijnego wymiaru, nie zamierzam udawać, że je obchodzę, bo nie obchodzą mnie one wcale. Nie składam życzeń, nie świętuję, udaję, że nie wiem. Przesyt fasadą sprawił, że hedonistycznie oddaję się bardzo zajmującemu nicnierobieniu. I jem to, na co mam akurat ochotę. Jerzy Sawka ma rację.



To ciastka absolutnie rewelacyjne, zwłaszcza kiedy sobie poleżą kilka dni takie przełożone konfiturą. Jednak przy wałkowaniu ciasta miałam ochotę rzucić to wszystko w cholerę, wyjść z kuchni i nie wracać do dnia następnego. Ciasto albo się przyklejało do stolnicy i wałka, albo (już po podsypaniu mąką) nie chciało kleić się w ogóle. Zaczęłam wątpić w swoje umiejętności kulinarne. Byłam jednak uparta i owa upartość została nagrodzona. Ciastka wyszły rewelacyjne. Co do nadzienia: wymieszałam konfiturę z czarnej porzeczki Łowicza z różą w cukrze, którą dostałam o Basi właśnie i od Moniki. Dzięki moje Kumy :)



Ciastka słoneczka z zeszytu Babci Helki (źródło: Basia, Makagigi i 55 pierników)

30 dag mąki krupczatki
20 dag zimnego masła
3 żółtka
Lukier: 2 białka i 20dag cukru pudru (dałam zdecydowanie mniej cukru)

Zimne masło siekać z mąką, dodać żółtka, dokładnie wymieszać i zagnieść gładkie ciasto. Odstawić do lodówki na godzinę. Następnie ciasto wałkować (porcjami), na grubość ciasta na pierogi, wykrawać literatką kółka, smarować z jednej strony lukrem (okręconym z wszej podanych proporcji). Piec na złoto w temperaturze 175st. C (około 12-15 minut, po prawdzie zeszyt babci mówi, ze w temp. 200st.C). Po upieczeniu słoneczka przekładać konfiturą różaną lub różą wymieszaną z konfiturą z czarnej porzeczki.

wtorek, 20 grudnia 2011

Pieczenie na życzenie - urodzinowe ciastka Lili

Tym razem w cyklu „Pieczenie na życzenie” miałam zamówienie specjalne. Bowiem te tutaj ciastka powstały na imprezę urodzinową dla panny Liliany, która niedawno skończyła 7 lat.



Wprawdzie Młoda zażyczyła sobie tylko korzenne ciastka w kształcie zwierzątka, ale ponieważ pamiętałam, że ostatnio posmakowały jej poprzednie limonkowe misie, postanowiłam upiec je raz jeszcze specjalnie z myślą o solenizantce. A skoro już się rozkręciłam z pieczeniem, to sobie pomyślałam, że dorzucę jeszcze jakieś słodkie urozmaicenie do trzeciego pudełka i tak znalazłam przepis na spiralki, które u mnie wprawdzie nie wyszły tak ładnie, jak u Doroty, ale były pyszne.



1. Limonkowe misie (źródło: Paweł Pojawa, miesięcznik Kuchnia 10/2011, s. 7)

120 g masła
120 g cukru (dałam 80 g brązowego)
2 żółtka
skórka otarta z 2 cytryn (u mnie sok z 1 limonki)
150 g mąki pszennej
110 g mąki ziemniaczanej
cukier puder do obsypania (opcjonalnie)

Masło utarłam z cukrem na puszystą masę (za pierwszym razem nie chciało mi się czekać, aż zmięknie i je rozpuściłam na ogniu – też było ok), dodałam sok z limonki, żółtka i obie mąki. Zagniotłam ciasto, wałkowałam i wykrawałam misie. Piekłam w temp. 160 stopni do lekkiego zezłocenia.
Dekorowałam po przestudzeniu pisakami dr. Oetkera. Nie są rewelacyjne, bo kilka miśków zgubiło guzik, albo oko, ale pierwsze wrażenie robią ;)


2. Korzenne jeżyki – szwedzkie pepparkory (źródło: Raindrop, blog Passionfruit)

500 g mąki pszennej
200 g masła
200 g cukru
1 jajko
2 łyżki miodu
2 łyżki przyprawy do piernika
2 łyżki ciemnego kakao
1 łyżka mleka
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody oczyszczonej ( sody do pieczenia)
szczypta soli

Masło rozpuścić z łyżką mleka. Przelać do naczynia, w którym będziemy wyrabiać ciasto. Dodać cukier, sól, miód, przyprawę do piernika, kakao, proszek do pieczenia i sodę oraz jajko. wymieszać. Dodać mąkę i wyrobić elastyczne ciasto.
Ciasto wałkować na grubość ok 4 mm i wycinać ciasteczka. Ciasto jest bardzo plastyczne, więc nie ma z tym kłopotów.
Ciasteczka przenosić na blachę wyłożoną papierem do pieczenia.
Piec 12 minut ( w zależności od grubości) w piekarniku nagrzanym do 200 st.



3. Spiralki (źródło: 'Homemade baking' Catherine Atkinson znalezione u Dorotus z Moje Wypieki)

175 g miękkiego masła
70 g cukru pudru (dałam 45 g)
1 łyżeczka ekstraktu z wanilli lub kilka kropel aromatu waniliowego (pominęłam)
230 g mąki
2 łyżki Nutelli (pominęłam)
1 łyżka kakao (sypnęłam na oko, ale było tego więcej niż 1 łyżka)

Masło zmiksować, dodać cukier i miksować, aż będzie jasne. Wmieszać ekstrakt z wanilii. Dodać mąkę i szybko zagnieść ciasto. Ciasto podzielić na dwie części. Do jednej części wmieszać nutellę (pominęłam) i kakao, wyrobić.
Dwa kawałki ciasta: jasne i ciemne, rozwałkować na prostokąt mniej wiecej 15 x 20 cm (u Dorotus prostokąt był trochę większy, można podsypywać mąką). Jasny prostokąt położyć na oprószonym mąką blacie, na niego położyć ciemny (lub odwrotnie). Ciasto zwinąć jak roladę. Otulić folią aluminiową i schłodzić przez pół godziny. (Uprzedzam od razu – nie tak łatwo jest zwinąć roladkę, gdyż ciasto się rozrywa i nie jest skore do współpracy; właśnie m.in. dlatego nie wyszły mi takie kształtne kółeczka)
Ciasto po schłodzeniu pokroić na 5 mm plasterki, ułożyć je obok siebie na blaszce zostawiając odstępy (ciastka delikatnie się powiększają na boki).
Piec około 10 - 12 minut w temperaturze 170ºC. Przez 2 - 3 minuty nie ściągać z blaszki (będą zbyt miękkie), jak już skruszeją studzić na kratce.


Miśki dodaję do akcji:




piątek, 16 grudnia 2011

Wpis z marką: warsztaty Alzacja na talerzu i w kieliszku

Spotkanie trzecie: 8 grudnia, Alzacja na talerzu i w kieliszku, salon MIELE ul. Gotarda 9

Pora na kolejne warsztaty blogerskie, na jakich ostatnio uczestniczyłam. Spotkanie było połączeniem gotowania, smakowania i szukania połączeń dań z winami alzackimi.



Najpierw zgromadziliśmy się przy wyspie kuchennej, aby razem z Tomkiem Jakubiakiem przyrządzić to, co później konsumowaliśmy do wina. A było trochę tego dobra:

Przegrzebki podane na musie winno-jabłkowym z solą selerową.
Krewetki duszone w białym winie i pomidorach z domową tortillą kukurydzianą,
Muszle Wenus duszone w białym winie z kiełbasą chorizo i chili,
Giczki cielęce duszone z gruszką, szalotką w białym winie i demiglas cielęcym podane z sałatką polane winegretem z orzechów laskowych i pomidorów ,
Kiełbasa jagnięca z białą fasolą, papryką i boczniakami ,
i deser, na który już nie dane mi było zostać, czego szczerze żałuję - owoce zapiekane pod koglem-moglem z winem i wanilią.








Następnie zasiedliśmy do stołów, choć co poniektóre panie postanowiły zostać jednak przy wyspie ;) Podczas konsumowania ugotowanych dań, pałeczkę przejęła najpierw dziennikarka kulinarna, Monika Kucia - Sadecka, a potem swoją wiedzą o winach alzackich, oraz o konkretnych trunkach, które degustowaliśmy opowiadał już Tomasz Prange, redaktor naczelny magazynu "Wino". Opowiadał między innymi o tym, że o winie mówi miejsce, z którego ono pochodzi, że przy uprawie wykorzystuje się kalendarz biodynamiczny (zabawnie brzmią w kalendarzu księżycowym dni: liścia, korzenia, owocu). I zwrócił uwagę, że kiedy przyjrzeć się butelkom win alzackich, widać, że bliskość winiarskiej kultury Niemiec również miało wpływ na francuskie wina alzackie, bowiem butelki tychże win również, podobnie jak niemieckich, mają charakterystyczny wydłużony kształt szyjki.



Degustowaliśmy głównie wina białe, m. in. Riesling, Gewutrztraminer, , Pinot Blanc i Sylvaner. Jak już wspominałam wcześniej - wolę jednak ciężkie, wytrawne i z bogatym bukietem wina czerwone. Doceniłam jednak paletę smaków, jaką do zaoferowania mają białe wina alzackie. Szczególnie spodobało mi się wino, które miało ciekawy, maślany zapach. Trafił się jednak faworyt – jedyne czerwone wino, jakie piłam od razu trafiło w mój gust - Pinot Noir. Swoją drogą ten szczep jest jedynym szczepem winnym w Alzacji dającym czerwone lub różowe wino. Tym bardziej się cieszę, że jedna butelka Pinot Noir zabrała się ze mną do domu :)


Z dań najbardziej smakowały mi giczki cielęce i kiełbasa jagnięca z białą fasolą. Wino już wiecie. A najbardziej? Chyba to, że była okazja do porozmawiania ze znanymi twarzami i poznania tych jeszcze obcych. A jak jeszcze rzecz się dzieje wokół stołu i kuchni, tym większa radość. Przy okazji cieszę się, że mogłam poznać Państwa Adamczewskich. Dziękuję za spotkanie organizatorom i wszystkim przybyłym :)

niedziela, 11 grudnia 2011

Wpis z marką: warsztaty "Smaki Dziczyzny"

Spotkanie drugie: 3 grudnia "Smaki Dziczyzny" - MAKRO HORECA, Al. Jerozolimskie 184

Sobota w zeszłym tygodniu minęła pod znakiem dziczyzny. A to za sprawą kolejnych warsztatów w centrum HORECA w Makro w Al. Jerozolimskich. Również i w tym przypadku blogerskiego spotkania patronat objął nasz ulubiony Durszlak (tutaj filmik ze spotkania, a tutaj drugi).

W Horeca, śmiem twierdzić, że czuję się już bardzo swojsko, bo jak i w dwóch poprzednich spotkaniach, również i tym razem gotowaliśmy z Panem Grzegorzem Kazubskim i jego zespołem. Natomiast ja z Princess znowu objęłyśmy w posiadanie miejscówkę przy roboczym blacie w pierwszym rzędzie po naszej lewej :) Mam tylko jedno zastrzeżenie co do ostrości noży. Następnym razem chyba przyjdę ze swoim przyniesionym z domu ;)

Pod noże natomiast tym razem trafił dzik, jeleń i sarna. Tym samym powstał pasztet z dzika ze śliwką zawijaną w boczku, filet z jelenia z borowikami zapiekany w cieście francuskim podawany z karmelizowaną cebulą i comber z sarniny z sałatką z marynowanych warzywnych tagliatelle, sosem żurawinowo – chrzanowym i gruszką gotowaną w czerwonym winie.



Spodobał mi się patent na warzywne tagliatelle: pietruszkę, marchewkę i pora kroimy w paski, blanszujemy, a następnie marynujemy w vinegrecie i odstawiamy na trochę do lodówki. Świetna lekka przekąska do mięsa.

Innym dobrym sposobem było pieczenie jelenia w cieście francuskim. Aby ciasto nie chłonęło wilgoci mięsa podczas pieczenia, wystarczy jelenia zawinąć najpierw w usmażonego naleśnika (jak krokieta), a dopiero później w surowe ciasto francuskie.

Między przygotowywaniem dań, a ich pieczeniem mieliśmy oczywiście trochę przerwy i wtedy w całym gronie wraz z Kasią i Marcinem z Durszlaka rozmawialiśmy o tym jak Durszlak powstał, następnie jak się odrodził na nowo oraz jakie jeszcze czekają go w przyszłości zmiany.


Po zakończeniu gotowania zasiedliśmy do wspólnego stołu i konsumowaliśmy to, co podczas warsztatów wyszło spod naszych noży, z garnków, patelni i piekarnika. Gdyby tego było za mało, Makro dzięki swojemu zespołowi kucharzy tradycyjnie już przygotowało jeszcze dla nas szwedzki stół z pierogami z jagodami gotowanymi w śmietanie, pieczonymi ziemniaczkami, rodzajami mięs, zimnych przekąsek i deserów(sernik był przepyszny).



Z dań, które przygotowywaliśmy sami najbardziej smakował mi pasztet z dzika. Jak go zrobić możecie przeczytać u Oli na 2smaki, a wykonanie podczas warsztatów obejrzeć u Pauliny i Michała na Kotlet.tv. Pasztet świetnie smakuje na śniadaniowej kanapce na żytnim chlebie.



Na pożegnanie każdy z uczestników dostał dyplom ukończenia warsztatów i tradycyjnie już prezentową torbę z różnymi dobrami do spożycia (produkty marek, które są do kupienia w hali Makro).


To były kolejne bardzo udane warsztaty. Dziękuję organizatorom i wszystkim obecnym blogerkom, które miałam okazję poznać lub po raz kolejny spotkać.

sobota, 10 grudnia 2011

Wpis z marką: degustacja "Wina i Sery"

Chyba nie wypada mi narzekać na wczesno – zimową aurę, gdyż koniec listopada i początek grudnia w miejsce wysokiego plusa na termometrze okiennym nadrabiał czym innym. Ostatnio bowiem zrobiło się bardzo towarzysko :) A przy okazji smacznie i ciekawie. W przeciągu 10 dni miałam okazję być na trzech degustacjo – warsztatach. Wrażeń i smaków w pamięci mam sporo. Nie wiem od czego zacząć. Może najlepiej od początku? Chyba tak będzie najlepiej.

Spotkanie pierwsze: 30 listopada "Wina i Sery" w Winarium (ul. Wierzbowa 3, vis a vis Teatru Wielkiego – Opery Narodowej)

(tutaj relacje Winarium i Świata Serów).
A tutaj filmik Durszlaka.



Pojawiłam się tam z zaproszeniem na degustację win i serów. Sponsorami było wspomniane Winarium (winarium.pl) i Candia (swiat-serow.pl), a spotkanie czułym ramieniem otoczył patronat naszego ulubionego blogerskiego Durszlaka (durszlak.pl). Swoją drogą Durszlak po swoim zmartwychwstaniu nabrał wiatru w skrzydła i leci do przodu. Zdradzę Wam, że możecie jeszcze oczekiwać zmian. O tym między innymi dowiedziałam się na rzeczonej degustacji. Szczegółami zapewne niebawem będzie już chwalił się Durszlak u siebie.

A teraz clou spotkania, mianowicie wyśmienite jedzenie i picie. Idea spotkania była następująca: smakujemy różnych win, a w międzyczasie podjadamy pyszne sery i zastanawiamy się, co najlepiej by ze sobą pasowało i smakowało. Na wstępie dostałyśmy na rzutniku małą ściągę jak przykładowo łączyć ze sobą sery i wina:

Sery z porostem białej pleśni (np. Brie) - Wina musujące / Chardonnay

Sery kozie - Sauvignon Blanc

Sery twarde (np. Cheddar) - Cabernet Sauvignon / Merlot

Sery z przerostem niebieskiej pleśni (np.Roquefort) - Białe słodkie wina (np. Sauternes) lub wina wzmacniane jak Porto

(Więcej o łączeniu możecie poczytać tutaj)


Przejdźmy do win. Degustowałyśmy wina, kolejno:

Atelie, Prosecco DOC, Włochy,
Sancerre blanc, Chavignol, Francja,
Don Pascual, blanc de noirs, Urugwaj,
Castroviejo Crianza, Rioja DOC, Hiszpania,
Jean Bosquet, Malbec Reserva, Argentyna,
Chateau La Foncalpre, AC Montbazillac, Francja.

Najbardziej smakowały mi oba czerwone: Castroviejo i Jean Bousquet. A to z prostej przyczyny – lubię przede wszystkim ciężkie, wytrawne, czerwone wina. Białe Sancerre blanc było dobre. Natomiast Prosecco wydało mi się zbyt radosne jak nastoletnia dzierlatka, a ostatnie białe Chateau La Foncalpre zbyt słodkie jak lolitka w różu. Moje kubki smakowe muszą chyba dojrzeć do innych aromatów. Zaś różowe Don Pascual świetnie komponowało się z roquefortem Papillon i Saint Agur z przerostem niebieskiej pleśni.




Za to sery – bez wyjątku każdy jeden był absolutnie pyszny. Muszę się jednak przyznać, że jestem tutaj bardzo subiektywna, bo serię Le Rustique, która również towarzyszyła degustacji, oboje z Panem R. wielbimy i kupujemy od czasu do czasu w pewnym supermarkecie podczas co - weekendowych zakupów. Gdyby były tańsze, pewnie kupowalibyśmy je częściej. Cóż – za jakość trzeba odpowiednio płacić. Tym większą radość wzbudziła wręczona na odchodne torba serów, którą przytachałam do domu po degustacji. Pyszne w sery w ulubionej cenie ;) Na degustacji natomiast zakochałam się w roqueforcie Papillon i Saint Agur z przerostem niebieskiej pleśni. Aromatyczne, wyśmienite, śmierdzące sery – to lubię. A do tego butelka wina od Winiarium. Wiecie co? – chyba byłam w kulinarnym niebie ;)

niedziela, 4 grudnia 2011

Korzenny Tydzień: Zupa pomidorowo – miętowa z garam masalą i sosem Worcestershire

"Marek: Jakie realia dziś na rozkładzie?
Tadeusz: Zupne.
M: Nareszcie! „W te ciemne, słotne i podłe dni tylko dzięki zupie nie tracę wiary w ludzkość, ani własne człowieczeństwo”. Koniec cytatu.
” *


* Felieton: „Na dwa głosy – Kultura zupy”. Marek Bieńczyk i Tadeusz Pióro. Magazyn Kuchnia 3/2011, s.76


Do zup nie trzeba mnie ani namawiać, ani przekonywać. Wszak każdy płynny przepis bezgłośnie do mnie przemawia i przekonuje mnie niemal natychmiast. Zupa ma tę zaletę, że wystarczy jeden garnek, jeden talerz, jeden egzemplarz łyżki z całego kompletu sztućców. A przy tym oferuje taką paletę barw, smaków i aromatów, że nie wypada się nawet zastanawiać - tylko warzyć bulion. Może się przydać szybciej niż się tego spodziewamy.
Od lat wielbię zupy kwaśne, na czele z deficytową szczawiówką. Uwielbiam też rosoły, choć Pan R. uparcie stoi na stanowisku, że to żadna zupa, a zaledwie podstawa dla zupy. Od kilku lat jestem też wielbicielką pomidorówki. Dotychczas najbardziej smakowała mi ta z zieloną pastą curry, mleczkiem kokosowym i czerwoną soczewicą, choć czosnkowo - pomidorowa z przepisu Truskawki i kapuśniak z pomidorami, będący swego rodzajem rosyjskiego szczi również mi kiedyś bardzo zasmakował. Nie dziwcie się zatem, że kiedy znalazłam w lipcowej Kuchni przepis na pomidorówkę z miętą, korzennymi przyprawami i sosem Worcestershire nie potrafiłam przejść do porządku dziennego bez uwarzenia wyżej wspomnianej. A wiedzieć Wam trzeba, że po mojej jej konsumpcji, uplasowała się wysoko na liście zupnych lubisiów. Zwłaszcza jak się nie pożałuje chili :)



Zupa pomidorowo – miętowa z garam masalą i sosem Worcestershire (źródło: magazyn „Kuchnia 7/2011”, s. 25)

podaję proporcje z gazety, gdyż robiłam tradycyjnie na oko

2 szalotki
2 ząbki czosnku
2 łodygi selera naciowego
masło
oliwa
2 duże pomidory
1 łyżka sosu Worcestershire
1 czubata łyżeczka garam masali
1 łyżeczka drobno posiekanego imbiru
szczypta chili (polecam dużo więcej)
1/2 l bulionu wołowego (robiłam na warzywnym)
3/4 l soku pomidorowego
3 łyżeczki cukru
pieprz
sok z 1/2 limonki
garść drobno pokrojonych kandyzowanych lub suszonych pomidorków cherry (pominęłam)
1 pęczek posiekanej mięty (świeżej z krzaka)

Szalotki, czosnek i seler drobno posiekać, następnie zeszklić na oliwie z masłem. Gdy szalotki zmiękną, dodać pokrojony miąższ z pomidorów, sos Worcestershire, garam masalę, imbir i chili. Podsmażać chwilę, aby wydobyć aromat przypraw. Zalać bulionem i sokiem pomidorowym, dorzucić cukier i doprowadzić do wrzenia. Dodać kandyzowane lub suszone pomidorki sherry i sok z limonki. Sypnąć pieprzem. Zjeść ze smakiem :)


Dodaję do akcji:



sobota, 3 grudnia 2011

Korzenny Tydzień: greckie kotleciki z cynamonem i czerwonym winem

Te kotleciki robiłam już jakiś czas temu, ale co chwilę jakiś inny przepis wskakiwał na jego miejsce. Nie dlatego, że kotleciki były niedobre. Co to to nie! Były naprawdę niezłe, choć przyznać muszę, że z dodatkami, które do nich zaserwowałam obroniły się lepiej. Piszę, że się obroniły, bo aromat jaki był w lodówce podczas macerowania mięsa, niestety po upieczeniu już nie był taki intensywny, a szkoda. No cóż, piekło różnie robi potrawom. Niektórym dodaje, innym zabiera. Uważam jednak, że pomimo tego warto się na te kotleciki pokusić. Smakują wszak trochę inaczej niż zwyczajne mielone mięso, a aromat korzenny nadaje im lekkiego pazura.
Przepis dodaję do akcji korzennej Ptasi



1. Greckie kotleciki (źródło: „Kuchnia Grecka”, wyd. Parragon, s.24)

350 g mielonej wieprzowiny
115 g mielonej wołowiny
(zamiast tych dwóch wyżej użyłam 500 g mielonego mięsa z indyka)
1 roztarty ząbek czosnku
1/2 łyżki mielonego cynamonu
1/4 łyżki suszonego cząbru lub tymianku (użyłam cząbru)
skórka strata z 1 małej pomarańczy
8 utłuczonych w moździerzu ziaren pieprzu (użyłam pieprzu młotkowanego)
100 ml czerwonego wytrawnego wina
cząstki cytryny do przybrania (opcjonalnie)

Wszystkie cytryny (poza cząstkami cytryny) dokładnie wymieszać w misce. Przykryć i marynować w lodówce przez noc lub około 12 godzin.
Rozgrzać piekarnik (do ok. 180-200 stopni), masę mięsną wymieszać, następnie wilgotnymi wilgotnymi dłońmi uformować ok. 24 małe kiełbaski o długości ok. 5 cm (ja formowałam okrągłe kotleciki) i ułożyć je na blasze (ułożyłam w wysmarowanym olejem naczyniu żaroodpornym).
Piec kiełbaski ok. 15 minut, kilka razy odwracając aż się zrumienią (zaniechałam tej czynności).
Podawać przybrane cząstkami z cytryny (podawałam na patyczkach szaszłykowych i połączyłam je na talerzu z tzatzikami i pieczoną papryką).



2. Tzatziki (źródło: Kuchnia Grecka, wyd. Parragon, s.14)

ogórek (starty na dużych oczkach)
jogurt grecki
czosnek (starty na małych oczkach)
posiekana świeża mięta
sól (do smaku)

Wszystko razem połączyć i wymieszać. Schłodzić w lodówce.



3. Pieczona papryka (nie pamiętam źródła, gdzie znalazłam kiedyś ten przepis)

zielona i czerwona papryka
oliwa
zioła (tymianek, oregano, zioła prowansalskie – do wyboru)

Paprykę przekroiłam na pół i usunęłam gniazda nasienne. Nagrzałam piekarnik do 200 stopni, papryki ułożyłam skórą do góry na blaszce wyłożonej folią aluminiową. Piekłam do zbrązowienia skórki. Wyciągnęłam z piekarnika, włożyłam do naczynia żaroodpornego (może być każde inne naczynie z pokrywką, albo zawiązany worek) i przykryłam, aby papryka się „spociła”, co znacznie ułatwia ściąganie później z niej skórki. Usunęłam skórkę, pokroiłam w paski, wymieszałam z oliwą i ziołami oraz doprawiłam solą i pieprzem.



piątek, 2 grudnia 2011

Weekendowa Piekarnia # 123 - chleb na zaczynie piwnym i chleb orzechowy z pecorino

Ponieważ skończył się listopad, nadszedł więc czas, abym podsumowała moje gospodarzenie i wypiekanie w 123 edycji Weekendowej Piekarni.
Jak na gospodynię przystało – upiekłam oczywiście oba bochenki, które uprzednio zaproponowałam.

Chleb na drożdżach sprawował się idealnie – drożdże współpracowały chętnie, a ciasto rosło dumnie. Nie zmieniłam prawie nic – dałam dokładnie taką ilość i wagę produktów jak nakazywał przepis. Zmieniłam jedynie proporcje mąki: wymieszałam pól na pół Szymanowską 480 z pełnoziarnistą Lubelli. Bochenek wyrósł naprawdę duży. Nie mam za bardzo jak tego pokazać, bo w tygodniu wracałam do domu wieczorami i nie miałam w związku z tym za bardzo jak zrobić zdjęcia (a bardzo nie lubię sztucznego oświetlenia). Dlatego w czwartkowy poranek złapałam na szybko moje szklane oko i uwieczniłam to, co jeszcze z chleba zostało. Swoją drogą, jak widać – zakwasowiec też nie załapał się na zdjęcie, kiedy jego fizjonomia była jeszcze całkowita.
Odnośnie samego smaku chleba mam małe zastrzeżenie – wolę potrawy mniej słone, więc następnym razem zamiast z przepisowych trzech łyżeczek sypnęłabym 1,5, zwłaszcza, że pecorino również daje nieco soli z siebie. Porcję orzechów chyba też bym nieco ograniczyła.
Na zakończenie wypadałoby wspomnieć, że chleb ten, zważywszy że jest to twór drożdżowy, ma pewną zaletę – długo utrzymuje świeżość. Piekłam go w sobotę ok. godziny 21-ej, ostatnie kanapki zaś zjadłam w czwartek na kolację i nadal był bardzo dobry.

Zakwasowiec zaś wziął mnie na przetrzymanie. Rósł długo, bardzo długo. Nie zwalałabym jednak tego na karb przepisu (bo np. Tofce wyszedł bezproblemowo, jak mniemam). Problem pojawił się u mnie albo ze zbyt słabym zakwasem (następnym razem sypnę nieco drożdży), albo z żytnią mąką, której termin już chyba minął. Zaczyn zrobiłam w sobotę wieczorem, pracował więc przez noc, a w południe w niedzielę połączyłam go z resztą składników, przełożyłam do wysmarowanej olejem i obsypanej otrębami keksówki, i odstawiłam do wyrośnięcia. Przepis mówił o 4-5 godzinach, u mnie jednak trwało to… nieco dłużej. Chleb został upieczony dopiero we wtorek po moim przyjeździe z pracy. Pierwszego dnia, czyli po upieczeniu z uwagi na długi czas leżakowania ciasto sporo przefermentowało, więc chleb był trochę bardziej kwaśny niż normalnie chleby na zakwasie. Jednak następnego dnia jego smak już się unormował. Polecam Wam ten przepis Mirabelki.

Dawno nie piekłam zakwasowca i szczerze mówiąc stęskniłam się za jego smakiem. Mam ochotę znowu coś upiec. Ciekawe co zaproponuje 124 edycja Weekendowej Piekarni?

Tymczasem tym, którzy uczestniczyli w 123 Weekendowej Piekarni bardzo dziękuję za wspólne pieczenie :)



CHLEB NA ZAKWASIE

Chleb mieszany na zaczynie piwnym (źródło: Mirabbelka, strona: chleb.info.pl)

zaczyn:
200g butelkowego jasnego piwa (niepasteryzowana Łomża)
100g maki żytniej chlebowej (żytnia 2000)
2-3 łyżki ( 50g) zakwasu żytniego

Piwo podgrzewamy, zdejmujemy z ognia, żeby lekko ostygło i wsypujemy mąkę mieszając, żeby nie było grudek. Po przestygnięciu, do letniej mieszaniny dodajemy zakwas. Przykrywamy i zostawiamy na noc w temperaturze pokojowej.

ciasto chlebowe:
350g zaczynu jw
130g letniej wody
200g maki pszennej chlebowej typ 650
100g maki żytniej chlebowej typ 720
(dałam 300g pełnoziarnistej Lubelli)
100g maki żytniej razowej typ 2000
1,5 łyżeczki soli
1 łyżeczka zmielonego kminku (pominęłam)
1 łyżka melasy (pominęłam)

W dniu wypieku mieszamy zaczyn z wodą. Dodajemy makę, sol i resztę składników, aż utworzy się miękkie i lekko klejące ciasto. Przykrywamy i zostawiamy na 40 minut.
Wkładamy łyżką do formy i odstawiamy do wyrośnięcia (4-5 godzin).
Pieczemy w temperaturze 230°C 10 minut, zmniejszamy temperaturę do 210°C i kontynuujemy pieczenie jeszcze około 35 minut do zbrązowienia skorki.



CHLEB NA DROŻDŻACH

Chleb z orzechami włoskimi - Pane alle noci (źródło: „Kuchnia włoska, wyd. Bellona, str. 390)

Jest to uzupełniona o sól i niezupełnie wierna tradycji wersja pannociato z regionu Marches w centralnych Włoszech. Chleb ten doskonale nadaje się na przekąski i świetnie pasuje do świeżych miękkich serów, takich jak mascarpone i robiola. (cytat z książki)

30 g świeżych drożdży lub 2 paczki aktywnych suszonych drożdży (użyłam świeżych)
1 łyżeczka cukru
300 ml letniej wody
500 g nieoczyszczonej białej mąki (po 250 g mąki Szymanowskiej 480 i pełnoziarnistej Lubelli)
150 g sera pecorino pokrojonego w kostkę
150 g orzechów włoskich, grubo posiekanych (rozbiłam w moździerzu)
3 łyżeczki soli
czarny pieprz
2 łyżki smalcu o temperaturze pokojowej albo 3 łyżki stołowe oliwy (oliwa)

Przygotuj drożdżowy zaczyn ( w małej misce umieść drożdże z cukrem i letnią wodą, wymieszaj delikatnie aż się rozpuszczą, mieszankę odstaw na 10-15 minut, aby drożdże ruszyły)
W dużej misce połącz mąkę, pecorino, orzechy, sól i pieprz. Wymieszaj dobrze i dodaj smalec (lub oliwę) oraz zaczyn drożdżowy i wyrabiaj ciasto, aż będzie gładkie i elastyczne. Kulę włóż do natłuszczonej miski, przykryj i odstaw na godzinę. Po tym czasie zagniataj jeszcze przez 2-3 minuty, następnie podziel ciasto na 8-10 porcji i uformuj długie bułki (włożyłam całe ciasto do wysmarowanej olejem keksówki). Odstaw do wyrośnięcia na 1 godzinę (lub do czasu podwojenia objętości). Piecz przez 25-30 minut w temperaturze 200 stopni.




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...